UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Weranda Pana Boga"

Rozdział III - Dorota

strona 29

Szła bez celu. Odziana w stare, śmierdzące stęchlizną ubranie matki i w butach co najmniej o numer za dużych. Szła po nowej planecie, o istnieniu której co prawda wiedziała, ale przeczuwając, że nie ma tam warunków do życia, starała się o niej nie myśleć. Szła powoli rozglądając się w poszukiwaniu punktu odniesienia w tym nowym świecie. Nie mogąc go znaleźć z każdą chwilą rosło jej przerażenie. Dotychczasowe podejrzenia, że na tej planecie nie ma warunków, które umożliwiłyby normalne życie, przybierały realny kształt.

Ludzie. Dużo ludzi. „Dlaczego wszyscy biegają?” zastanawiała się i zaglądając im w twarze szukała odpowiedzi. Mijali ją tak szybko, że jedynym sposobem, aby spojrzeć nie tylko w twarz, ale i w oczy było tarasowanie im drogi. Zatrzymywała się nagle i przypadkowemu przechodniowi zamykała drogę. Ten starał się ją ominąć, ale robiła krok w bok nie pozwalając mu dalej przejść. Ktoś ją odepchnął, ktoś wyraził swoje oburzenie słowami „co ty kurwa wariatko robisz!”, jeszcze ktoś inny niczym zawodnik na boisku piłkarskim zrobił zwód, wyminął ją i niemal uciekając, co chwilę oglądał się za siebie. Ktoś na nią napluł, ktoś chciał jej dać jakąś monetę, ktoś popukał się palcem w czoło, ktoś powiedział „przepraszam”, ktoś nagle zbladł, a ktoś zrobił się purpurowy na twarzy. Dziesiątki ludzi, setki, tysiące ludzi, a każdy inny. Lecz bez względu na okazaną reakcję Dorota zauważyła jedną wspólną cechę. W oczach wszystkich dostrzegła większy lub mniejszy strach. Każdy się czegoś bał. Nie wiedziała tylko czy ludzie boją się jej czy samych siebie. Czy boją się teraźniejszości czy przyszłości? I jeszcze ten wszechobecny smutek. Nikt, ale to nikt, idąc samotnie ulicą nie uśmiechał się. Ani do siebie, ani do własnych myśli, ani tym bardziej do mijających go ludzi. Zrozumiała. Na planecie, na której życie jest prawie niemożliwe, każdy z tubylców musiał wykształcić własny kombinezon ochronny. Taki specyficzny skafander, którym szczelnie się otoczył, by móc w pełni bezpiecznie funkcjonować we własnym mikro.

Jakiś człowiek pochylał się nad koszem na śmieci. Czegoś szukał, a gdy znalazł i wyprostował się Dorota ujrzała coś dotąd niespotykanego. Ten człowiek się uśmiechał. Podeszła do niego i po raz kolejny spojrzała w oczy obcej osobie. Nie widziała tam strachu, ale nie dostrzegała tam też czegokolwiek.

-

Czego chcesz – powiedział opryskliwie, a uśmiech zniknął z jego twarzy. – Tu nic nie ma. Nie łaź tu… to jest mój rejon… znajdź sobie swój… To wszystko jest moje.

z0940 (24 kB)

Ominęła go i poszła dalej. Ponownie czegoś się nauczyła. Ta nieprzyjazna planeta nazywa się „Moje” i składa się kilku miliardów niewielkich kontynentów o jednej i tej samej nazwie – „Ja”.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +