UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Weranda Pana Boga"

Rozdział III - Dorota

strona 18

„Kolejny dzień” – Dorota pomyślała z przerażeniem. Godzina 4.30, pobudka. Minęło już 9 lat, 7 miesięcy i 23 dni... Od pierwszego dnia kiedy znalazła się za bramą klasztoru wiara w to, że czyni to co najlepsze mieszała się z niepokojem, który tkwił w tej duszy. Pocieszała się tym, że żaden człowiek na świecie nie ma pewności, że droga, którą wybrał jest prawidłowa. Jednak chciała wierzyć w siebie. W Boga wierzyła w sposób niezachwiany.

Nie mogła zrozumieć dlaczego, gdy za niewielkim zakratowanym okienkiem celi budził się tak piękny letni dzień, w niej budził się strach. W ostatnich miesiącach coraz potężniejszy, wzrastający, monstrualny. Strach niezrozumiały, niepojęty. Strach ogarniający nie tylko umysł, ale powodujący także drżenie rąk. Przecież klasztor był jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc. Aby odpędzić przerażenie zaczynała myśleć o chwilach kiedy była najbardziej szczęśliwa. Przypominała sobie, gdy mając 18 lat siostry zakonne obcinały jej włosy, tym samym przyjmując ją jako postulantkę. Widok spadających na kamienną podłogę pukli tak ją wzruszył, że nie potrafiła powstrzymać szlochu. Nie był to spazm rozpaczy, a rozkoszy. Delektowała się tą chwilą i po wielokroć sobie ją przypominała. Przecież rozpoczynał się taki etap jej życia, o jakim zawsze marzyła. To samo czuła, gdy składała śluby czystości, a potem śluby wieczyste, które nadawały jej zakonną profesję. Jednak najsilniejszą ekstazę odczuła wtedy, gdy opatka wyraziła zgodę na rekluzę.

Dokładnie 5 lat samotnie przebywała w swej celi. Bardzo chciała w ten sposób podziękować Bogu za to, że pozwolił jej pozbyć się stygmatów. Jątrzące się rany na dłoniach i stopach miała od wczesnego dzieciństwa. Gdy klasztor stał się jej domem zaczęły zanikać. Uznała, że Bóg w podzięce za oddanie mu swego życia postanowił ją uszczęśliwić nie bólem, a zarastającymi bliznami. Początkowo, ani opatka, ani przełożona zgromadzenia nie chcieli się zgodzić na taką formę umartwiania. Dorota była jednak zdeterminowana i w końcu dopięła swego. Zwierzchnicy zgodzili się by rekluza Doroty stała się faktem. Zamknięto ją w celi z jednym oknem. Jedzenie podawano przez umieszczony na wysokości oczu niewielki otwór w drzwiach. Natomiast śluby milczenia spowodowały, że nie zwróciła się ani jednym słowem do nikogo. Owszem codziennie mówiła, ale tylko wtedy, gdy się głośno modliła.

z0940 (24 kB)

To był ten dzień kiedy rekluza dobiegała końca. Za kilka chwil miała opuścić celę i pójść na mszę składając dziękczynienie za moc, która pozwoliła jej wytrwać w postanowieniu samotności. Później miała zaplanowane spotkanie z matką z którą nie widziała się od 5 lat. Wszystko to doprowadzało ją do rozdrażnienia. Tak naprawdę nie miała ochoty nigdzie wychodzić. W swoim świecie zamkniętym na powierzchni cztery na trzy metry czuła się najlepiej. Wiedziała jednak, że musi się podporządkować regule przyjętej na początku odosobnienia. Teraz miała pracować dla ludzi, dla biednych, skrzywdzonych, chorych.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +