UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Weranda Pana Boga"

Rozdział I - Joanna

strona 7

- Proszę pani! - usłyszała za sobą. Nie odwróciła się jednak. – Proszę pani, proszę się zatrzymać. - Ktoś chwycił ją za ramię. Gwałtownie odwróciła się i zobaczyła znajomą twarz. Wiedziała, że zna tego człowieka, że nawet z mim rozmawiała, ale nie była w stanie przypomnieć sobie okoliczności ich spotkania.

- Pamięta mnie pani? - spytał mężczyzna. - Byłem z panią w szpitalu.

- W szpitalu? – spytała, choć to pytanie nie było skierowane do mężczyzny, a raczej do własnych wspomnień. Przypomniała sobie. To był ten człowiek, który kilka dni temu, po tym jak ponownie zaczęła tracić świadomość, odprowadził ją do szpitala. Nie chciała jego pomocy, ale on był uparty.

- Ach tak. Przypominam sobie. Pan nachalny pomocnik. Chce pan, żebym dziękowała?

- Nie... ja tylko. Przepraszam, jeśli się narzucam. Chciałbym zaprosić panią na..., a na co miałaby pani ochotę?

- Na nic nie mam ochoty i niech się pan ode mnie łaskawie odczepi. Spieszę się.

Joanna ruszyła w swoją stronę.

- Będę czekał na panią o dziewiętnastej przy tej bramie co się pani w niej chowa... - usłyszała za sobą.

”A czekaj sobie gdzie chcesz” - pomyślała i natychmiast zapomniała o mężczyźnie. Wieczorem wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak spaceruje z rękami założonymi do tyłu. Zwymyślała go w duchu. Przyczepił się.

Mniej więcej po godzinie ktoś wszedł do mieszkania.

- Przepraszam - usłyszała, jak ktoś mówi do pijanego ojca. - Szukam takiej szczupłej dziewczyny z krótkimi włosami...

Wybiegła z pokoju, pchnęła gościa ku wyjściu i wyszła razem z nim. Było jej strasznie wstyd, tego co zobaczył.

- Czego pan ode mnie chce? Przecież tak nie można ludzi nachodzić.

- W tym mieście znam tylko panią. Smutno mi, nudno... co pani szkodzi pogadać ze mną...

Miał racje. Siedziała w domu i wsłuchiwała się w przekleństwa biesiadników.

z0940 (24 kB)

- To rozmawiajmy... - powiedziała.

Siedli w kawiarni pod niebem. Dopiero teraz Joanna przyjrzała się mężczyźnie.

Był elegancki, wręcz dystyngowany. Przypominał jej Włocha, który posiadł jej ciało, a potem zniknął. Ten mężczyzna był jednak o wiele starszy. Miał ponad czterdzieści lat i trochę siwych włosów na głowie.

- Nie znam pani imienia.

- Joanna..., a pan...

- Jaroslaw Kepis...

- No tak, przypominam sobie... Powie mi pan dlaczego się tak na mnie uwziął?

- Nie znam tu nikogo, a sanatoryjne wieczory, to tylko wódka i karty. Bez sensu, prawda?

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +