UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Trzecia sfera świadomości"

Rozdział I

strona 12

Jego gabinet przypominał raczej adwokacką kancelarię niż pokój w którym klientów przyjmuje prywatny detektyw. Przestronny, jasny, gustownie urządzony, można powiedzieć, że nawet z przepychem. Zdawał sobie sprawę, że tylko takie pomieszczenie przyciągnie bogatych klientów, którzy podejrzewają o niewierność własnej żony. Dotąd ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś zlecił mu rozwiązanie zagadki zabójstwa. I to jeszcze kto? Wiceminister! Grzegorza Warchulskiego znał bardzo dobrze. Przez jakiś czas pracował z nim w policji. Marek pozostawał na stanowisku komisarza, a Warchulski piął się po szczeblach kariery. Odpowiednie towarzyskie kontakty pozwoliły mu zostać zastępcą komendanta „wojewódzkiej”, potem komendantem. Gdy w ostatnich wyborach wygrali jego koledzy otrzymał stanowisko wiceministra w MSWiA. Kenitz nie dziwił się niczemu, tak więc i szybkie, aczkolwiek dla wielu niespodziewane awanse Warchulskiego wcale go nie dziwiły. Był to człowiek żądny władzy. Zdolny iść po trupach, aby dopiąć swego. Mówiło się nawet, że niebawem może zostać ministrem, ale jak na razie kończyło się tylko na plotkach. Kto go znał, to nie miał wątpliwości, że wcześniej lub później wyląduje na samym szczycie, a jak tam już będzie, to z pewnością nie da się zepchnąć niżej.

Kenitz czekał na swojego wysoko postawionego klienta, a w jego głowie rzeczywistość mieszała się z wyobrażeniami. Sam już nie wiedział co jest prawdą, a co fikcją. Dziwne wizje związane z domem na peryferiach miasta prześladowały go od chwili, gdy się tam pierwszy raz pojawił i nie opuszczały aż do teraz. Coś mu podpowiadało, że prawda o tej zbrodni może być dla niego straszniejsza niż sam może przypuszczać. Nic nie pamiętał ze zdarzeń poprzedniego wieczoru, ale przecież obudził się w swoim ulubionym fotelu. Nigdy też nie zdarzyło się, aby w pijanym widzie zrobił coś czego mógłby żałować, albo co najmniej wstydzić się tego. Tymczasem dziś przeżywał deja vu. Był niemal pewien, że wszystko co do tej pory się stało już kiedyś było udziałem jego zmysłów.

Z zamyślenia wyrwał go głos sekretarki wydobywający się z głośnika interkomu: „Panie Marku. Przyszedł pan Warchulski”. Wstał z fotela by otworzyć drzwi gościowi. Ten wszedł pewnym krokiem i nie podając ręki Kenitzowi podszedł do rozłożystej kanapy. Padł na nią jak czynią to ludzie bardzo zmęczeni ciężką fizyczną pracą.

- Marek! Zabili mi córkę! Rozumiesz? Zabili mi córkę! Masz znaleźć tych skurwysynów choćby schowali się w piekle. Rozumiesz? Masz ich znaleźć!

- Podobno zrobił to jakiś bezdomny...

- Jaki bezdomny... tam... Co oni chrzanią...

- Dzwoniłem do Wiktora. Mieli go, ale im uciekł...

- Ja ci mówię, że to żaden bezdomny. To bandyci i to nie jacyś tam. To bandyci z najwyższej półki. Zabili mi córkę, bo... – wiceminister Warchulski nie dokończył zdania.

- Bo.... – zainteresował się detektyw.

- Znajdź ich. To nie żaden bezdomny łachudra. Znajdź ich i nie pytaj za dużo. Resztę ja załatwię. A tych policyjnych kretynów nie pytaj o nic. Oni nikogo nie znajdą i nic nie zrobią. Przecież ich znam i wiem co to jest za firma. Weź się sam za to. Przecież wiesz, że potrafię się odwdzięczyć.

Warchulski wstał z kanapy i podszedł do drzwi. Chwycił klamkę, na chwilę znieruchomiał, po czym odwrócił głowę do Kenitza.

- Jeśli się czegoś dowiesz, to tylko do mnie. Nic nie mów Pilarzowi, ani nikomu z firmy. Tam jest za dużo kretów. Istne kretowisko...

z0940 (24 kB)

Kenitz został sam w swoim idealnym gabinecie. Po głowie błąkały mu się koszmarne myśli od których nie mógł się uwolnić. Nie mógł się skupić na sprawie, którą miał rozwiązać. Nie widział punktu zaczepienia. Jedyne co przyszło mu na myśl, to to, aby napić się wódki.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +