UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Trzecia sfera świadomości"

Rozdział I

strona 4

2.

Barnaba czuł się nieswojo. Zapomniał już czym jest zapach czystej pościeli. Miękki materac na sprężynach szpitalnego łóżka nie był tak wygodny jak kartony rozłożone na podłodze opuszczonego domu, gdzie od kilku miesięcy spędzał noce. Leżał w szpitalu, ale przecie czuł się bardzo dobrze. Był trochę poobijany, ale zupełnie zdrowy. Chciał jak najszybciej opuścić to ciepłe i czyste pomieszczenie, w którym co jakiś czas ktoś starał się zadbać o to, by jego samopoczucie było jak najlepsze. Wkurzało go to. Nie chciał żadnego zainteresowania swoją osobą. Wolał spać w kanałach, na dworcu, na klatkach schodowych, w piwnicach, a w ciepłe letnie noce na parkowej ławce. Nigdzie jednak nie było tak przyjemnie jak w pewnym opuszczonym domu. Najważniejsze, że był sam. Lubił samotność. Nie umiał się dogadać z innymi bezdomnymi. Większość z nich znalazła się w rynsztoku z powodu własnych wad – pijaństwa, braku zapobiegliwości czy niedostosowania do reguł rządzących współczesnym światem. On sam wybrał taki a nie inny los. Z pełną świadomością trudów bezdomności zostawił wszystkich, których kochał i wszystko co miał. Zdawał sobie sprawę, że swoją decyzją sprawi niektórym ból, a pozostali będą go postrzegać jako wariata. Mimo to odszedł wraz z obsesyjnie nękającą go myślą szwajcarskiego XVIII-wiecznego uczonego Johanna Kaspara Lavatera: „Człowiek jest wolny jak ptak w klatce. Może się poruszać tylko w pewnych granicach.” Nie był pewien czy ulica wyzwoli go z tej klatki czy stanie się coś zupełnie odwrotnego, a granice wolności skurczą się jeszcze bardziej. Na to pytanie nie umiał odpowiedzieć sobie do dziś, choć wielokrotnie się nad tym zastanawiał.

Gdy wczorajszej nocy wrócił na swoje legowisko zastał tam śmierć. Dwa młode ciała pozbawione życia wyglądające tak, jakby ktoś pastwił się nad nimi do chwili, gdy nie będzie można rozpoznać kim byli za życia. Nawet się nie przeraził okropnością. Ocenił sytuację i wyszedł z budynku by zawiadomić policję o swoim odkryciu. Szybkim krokiem mijał stare drzewa stojące wzdłuż alei prowadzącej do pozostałości bramy za którą była ulica. Nagle usłyszał warkot samochodowego silnika. K t o ś kilkukrotnie próbował uruchomić auto, ale jakaś awaria powodowała, że motor gasł po kilku sekundach. Dopiero za trzecim czy czwartym razem kierowcy udało się na dobre odpalić silnik samochodu. Barnaba usłyszał jak człowiek siedzący za kierownicą naciskał pedał gazu i puszczał go, by znowu powtórzyć tą samą czynność. Wiedział, że za chwile odjedzie. Zaczął biec, aby go zatrzymać i prosić o pomoc. Stanął na środku drogi w chwili, gdy samochód ruszył do przodu. Był przed nim nie dalej niż 25 metrów. Machał rękami i podskakiwał niczym teatralna marionetka. Niespodziewanie został oślepiony długimi światłami samochodu. Przysłonił oczy będąc przekonany, że ten ktoś zauważył go i zatrzyma się. Nie zdążył zareagować. Po chwili leżał na masce auta, przejechał na niej kilkanaście metrów, by na koniec zsunąć się i spadając na twardą drogę, wielokrotnie obrócić się wokół własnej osi. Przez chwilę chciał zrozumieć co się stało, ale zanim zdążył analizować zdarzenia, stracił przytomność.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +