UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VIII

Nie wiadomo czy Anna zdawała sobie sprawę z tego co się dzieje, z tego jak się zachowuje, gdzie jest i z kim przebywa w pomieszczeniu. Tymczasem Marta nieco pobladła, uśmiech zszedł z jej twarzy a zdziwienie zachowaniem stojącej kilka metrów od niej kobiety nasunęło niezbyt rzeczowe pytanie.

- Zwariowałaś…?

W odpowiedzi uzyskała jedynie spojrzenie Anny. Spojrzenie nieobecne, które ograniczone przez ściany budynku i tak spoglądało gdzieś bardzo daleko. Kto wie? Może i tam, gdzie zaczyna się nieskończoność?

- Idziesz? – Marta podniosła ciężkie torby i ruszyła przed siebie. W chwili, gdy mijała Annę upadła. Przytomność straciła tak szybko, że nie zdążyła poczuć nawet bólu po uderzeniu w tył głowy.

Anna trzymała toster na którym znajdowały się ślady świeżej krwi. Nie wypuszczając go z ręki usiadła przy leżącej bez życia kobiecie. Uczyniła to nie dlatego, że chciała sprawdzić w jakim stanie znajduje się Marta, ale dlatego, że czuła się bardzo zmęczona. Podłoga była najbliższym miejscem wytchnienia. Czy zasnęła? Wyglądała tak, jakby spała na siedząco, ale wciąż otwarte powieki przeczyły temu przypuszczeniu.


W tej katatonicznej pozie trwała ponad dobę. Z jedną nogą podwiniętą pod pośladki, drugą wyprostowaną, z tułowiem sztywnym i głową uniesioną tak, że broda znajdowała się nienaturalnie wysoko. Ocknęła się nagle. Spojrzała najpierw na siebie, potem na leżącą Martę. Zdziwiona. Zdezorientowana. Dopiero, gdy chciała wstać i oparła dłoń o podłogę zauważyła, że w stabilnym oparciu przeszkadza jej wciąż trzymany toster. Puściła go lecz podnoszenie się stało się niemożliwe. Noga pod pośladkami z braku krążenia krwi była zdrętwiała. Nie czuła jej. Wyprostowała ją przy pomocy rąk. Czekając aż krew ponownie zacznie prawidłowo krążyć zastanawiała się co tu mogło się wydarzyć. Dokładnie pamiętała, że tu przyszła, że Marta była razem z nią, a nawet to, że telefonowała do firmy męża.

„Co się stało później?” – dumała. – „Ktoś nas napadł!” – doszła do błędnego wniosku.

Ponownie, teraz z przestrachem, spojrzała na Martę, na zaschniętą krew na podłodze, na toster. Dotknęła jej twarzy. Była chłodna, ale nie tak chłodna, jak to ciało, które w szpitalnym prosektorium pozbawiała odzienia.

„Co mam zrobić? Pogotowie! Trzeba zadzwonić po pogotowie… i na policję… niech szukają…” – myślała intensywnie. – „Ktoś nas napadł? To Jan! To na pewno Jan… Przyszedł, zobaczył nas i pobił. To na pewno Jan...”

Choć noga wciąż była zdrętwiała w wielu miejscach, a w innych jeszcze nie odzyskała czucia udało się jej wstać. Podeszła do telefonu…

- Pogotowie ratunkowe, słucham…

z0940 (24 kB)

Nie zdając sobie z tego sprawy, to jednak jej umysł zachowywał się tak, jak przygnieciona pośladkami kończyna. Najpierw był bez czucia, potem napływająca krew powodowała mrowienie, by na końcu przyjść do pełnej sprawności.

Do pełnej sprawności?

Odłożyła słuchawkę. Zdała sobie sprawę, że nie może wezwać pogotowia, ani tym bardziej policji.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +