UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VIII

- Świat jest pojebany! – Anna krzyknęła w mocą znacznie przewyższającą jej teoretyczne możliwości. – Słyszysz! Świat jest pojebany! Pojebany…!

Ruszyła w kierunku kościoła. Niczym widmo, jakiś duch opętany, przeszła przez pustą o tej porze ulicę, pokonała kościelne schody i nacisnęła klamkę głównego wejścia. Były zamknięte. Podeszła do drzwi znajdujących się obok. Też zamknięte. Rozpoczęła obchodzenie budynku kościelnego szukając wejścia, gdyż podświadomość podpowiadała jej, że wejście do kościoła, byłoby dla niej jedynym właściwym rozwiązaniem. Jednak Anna już dawno przestała wierzyć. W cokolwiek. Nie zdążyła obejść strzelistej budowli. Przy kolejnych drzwiach znajdujących się zupełnie z boku, niewielkich, usytuowanych na wprost figury Chrystusa, usiadła na schodach. Skuliła się chwytając rękoma pod kolana, przyciągnęła je do siebie i niemal natychmiast zasnęła.

Zmęczenie fizyczne i emocjonalne spowodowało, że zaczęła śnić wyrywkami z rzeczywistości. Śnił się jej lekarz, pielęgniarka leżąca na podłodze, śniła się jej ucieczka i martwe ciała w kostnicy. A gdy zaczęła śnić o kobiecie, którą pozbawiła odzienia w jakim miała być pochowana, sen się odmienił. Zobaczyła ją jak się zbliża, siada obok na kościelnych schodach, potem obejmuje i przytula. W tym samym czasie z pomnika zszedł Chrystus. Stał nad nimi, uśmiechnięty. Wyciągnął przed siebie rękę w geście, „chodź ze mną”. Ten gest nie był jednak skierowany do Anny, a do tej młodej kobiety, która wstała i podała dłoń Chrystusowi. Oboje stali nad śpiącą kobietą i wtedy oboje położyli dłonie na jej ramieniu…

Obudziła się gwałtownie. Był dzień, a ona trzęsła się z zimna. Na swym ramieniu wciąż czuła dłoń. Nie miała śmiałości unieść głowy, by spojrzeć w święte oblicze. Odczuwała jednak radość, że życie dobiegło końca a teraz zostanie zabrana tam, gdzie wszystko się kończy i wszystko zaczyna.

- Co pani jest? – usłyszała męski głos.

Trochę z niedowierzaniem, trochę z żalem, że to był tylko sen, stwierdziła, że dłoń na jej ramieniu należy do księdza. Do starego człowieka o dobrotliwym spojrzeniu i uśmiechu dziecka.

- Proszę wstać. Rozchoruje się pani – powiedział ksiądz.

Nie potrafiła wykonać prośby. Była zbyt słaba, zbyt zziębnięta, a może przede wszystkim pozbawiona chęci wstawania.

z0940 (24 kB)

Pomógł jej się podnieść. Na miarę własnych ograniczonych fizycznych możliwości podtrzymał Annę, by ta się nie przewróciła. Niedługo potem byli na plebani. Jego pokój był niewielki i pachniał ludzką starością.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +