UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

Dobiegła do ściany z czerwonej cegły. Spojrzała w lewo. Zdawało się jej, że ściana ciągnie w nieskończoność. Spojrzała w prawo i zdało się jej, że dostrzega wyłom w murze. Ruszyła w tę stronę. Wyłom okazał się wejściem do budynku. Kolejne drzwi, kolejna przeszkoda, kolejna blokada wolności. Zamknięte. Chciała pobiec dalej, ale zdała sobie sprawę, że w jej dłoni wciąż jest magnetyczna karta. Wsadziła ją w szczelinę czytnika. Nie zadziałała. Powtórzyła czynność. Bez rezultatu. Przetarła kilka razy kartę o szlafrok i jeszcze raz spróbowała. Usłyszała zgrzyt zamka, który zezwalał na wejście. Karta okazała się uniwersalna.

Anna znajdowała się w pomieszczeniu, gdzie panowała idealna ciemność. Bez okien, bez lufcików. Jedną ręką trzymała się ściany, a drugą miała wysuniętą przed siebie, by na wszelki wypadek oprzeć się o przeszkodę. Do jej nozdrzy dochodził dziwny zapach. Był słodki, a jednak nieprzyjemny. I znów dotknęła drzwi. Po omacku zaczęła szukać klamki. Nie były zamknięte. Otworzyła je z nadzieją, że bezkresna ciemność ustąpi. Nie ustąpiła. Jedyne co się zmieniło to to, że słodki zapach stał się jeszcze intensywniejszy. Jednocześnie poczuła chłód. Bała się iść przed siebie. Szła bokiem obiema dłońmi dotykając ściany. Pod palcami poczuła włącznik światła. Nacisnęła go. Jarzeniówki zaczęły niepokojąco migać, jakby zastanawiając się czy mają dać światło czy też go nie dawać.

Ujrzała duże pomieszczenie na środku którego stały dwa metalowe stoły, a na nich dwa nagie, martwe ciała. Bezwiednie krzyknęła, a krzyk ten po wielokroć odbijał się od wszystkich ścian powracając do Anny. Mimo dobrej widoczności wciąż szła wzdłuż ściany, by jak najdalej być od śmierci. Wiedziała, że dalsza droga stoi przed nią otworem, bo nie wiadomo które już z kolei drzwi były lekko uchylone. Pchnęła je i się przestraszyła. To pomieszczenie posiadało okna, a światło wpadające z sąsiedniej sali mogło ją zdradzić. Zamknęła wejście do prosektorium i poczuła się pewniej nie tylko z tego powodu, że zaradziła niebezpieczeństwu, ale także dlatego, że odgrodziła się od śmierci. Na krótko. Tuż przed nią stała trumna, w której leżała młoda kobieta przygotowana do pochówku. Ominęła ją i podeszła do okna. Zobaczyła że za nim nie ma już żadnego ogrodzenia, a kilkadziesiąt metrów dalej biegnie ulica. Chciała je otworzyć, lecz okna nie posiadały klamek. Były w całości wmontowane w ścianę. Drzwi! Zamknięte!

„Byłam tak blisko…” – pomyślała i zanim myśl uciekła wzięła ciężki żeliwny wazon i rzuciła nim w szybę. Rozsypała się w drobne kawałki, jakby była z kryształu, generując taki huk, który był zapewne słyszany w promieniu kilkuset metrów. Chciała jak najszybciej uciekać. Przełożyła nogę przez okienną futrynę i zastygła, jakby coś ją powstrzymało. Trwała tak kilkanaście sekund rozważając pomysł jaki przyszedł jej do głowy. Wróciła do pomieszczenia i stanęła nad trumną. Miała opory, ale potrzeba była silniejsza. Chwyciła dolną część sukienki, w którą była ubrana martwa kobieta i uniosła w kierunku jej twarzy. Chciała ją zdjąć, ale ciężar ciała na to nie pozwalał. Szarpnęła mocniej. Trumna zsunęła się z katafalku, upadła na posadzkę, a ciało bezwładnie przetoczyło się po niej. Nie zwróciła uwagi, że kolejny hałas mógł kogoś zaalarmować. Podeszła do zwłok, ponownie podciągnęła sukienkę, potem obróciła je i znów podciągnęła. Czyniąc to kilkukrotnie udało się jej rozebrać młodą martwą kobietę. Zdjęła jej też buty, które choć były nieco za małe dla Anny, pozwalały udawać, że jest zwykłym wczesno porannym przechodniem.

Zrzuciła z siebie szlafrok, zdjęła koszulę i ubrała się w swoją zdobycz. Zanim wyszła przykryła martwe ciało szlafrokiem po czym dotykając stopą trawnika pod oknem poczuła ulgę. Niespiesznie ruszyła przed siebie. Nie oglądała się, nie czekała, aż ktoś chwyci ją za rękę i powlecze na szpitalne łóżko. Pochłonęła ją upragniona wolność.

z0940 (24 kB)

- Muszę iść. Muszę iść spokojnie. Muszę iść do Zygmunta. Nie. Nie do Zygmunta, przecież on mnie zdradził. Nie odwracaj się – szeptała sama do siebie. – Muszę iść… ale gdzie, do kogo? – niespodziewanie nadpłynęła refleksja, która spowodowała, że zdała sobie sprawę z tego, iż wolność bez bliskich ludzi jest więzieniem. Możesz iść wszędzie, ale nie masz dokąd.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +