UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

Uważna jak zwierzę, które instynktownie wyczuwa niebezpieczeństwo schodziła po schodach. Na dole ostrożnie wyjrzała zza załomu ściany. Przed wyjściem na dziedziniec było coś w rodzaju portierni. Będący tam mężczyzna spał na siedząco. Nie widziała sensu, aby przechodzić obok niego. Była pewna, że te drzwi też są zamknięte. Nauczona doświadczeniem spojrzała czy w drzwiach znajduje się zamek. Tym razem był. Zeszła jeszcze niżej. Znalazła się w piwnicznych pomieszczeniach, w których kiedyś, gdy szpitale samodzielnie przygotowywały posiłki i samodzielnie dbały o czystość pościeli, znajdowały się garkuchnia, a nieco dalej pralnia. Było ciemno, ale dało się rozpoznać, czemu służyło każde pomieszczenie. Przechodząc obok jednego wyczuwało się zapach starych, przypalonych potraw. Przechodząc obok drugiego, zapach mydlin. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Już nie szła po omacku. Nieostre szczegóły korytarza majaczyły, falowały, grały jakimiś dziwnymi cieniami tworząc nierealny obraz. Doszła do końca korytarza zatrzymując się przed kolejnymi drzwiami. Te były masywne, metalowe i posiadały dwie wypustki z przewierconymi oczkami, w które wkładało się kłódkę. Kłódka wysiała i wyglądała na zamkniętą.

W tym momencie usłyszała hałasy. Jakaś krzątanina, bieganina, jakiś rwetes, jakaś nerwowość była tuż nad jej głową.

- Byliście w piwnicy? – przez długi piwniczny korytarz głos niósł się tak szybko i tak donośnie, że Annie wydawało się, że słowa te wypowiedziane zostały tuż przy jej uchu.

Obejrzała się za siebie. Nikogo nie było.

- Gdzie tu jest światło? – po raz wtóry dobiegał ten sam głos.

-

Niech mi ktoś kurwa powie, gdzie tu zapala się światło! – niby ten sam głos, a jednak inny. Intensywny, zły, niebezpieczny. Przynajmniej w ten sposób zinterpretowała go Anna.

- Czekaj! Przyniosę latarkę… - ten głos był inny, całkiem spokojny, można powiedzieć dający chwilę otuchy.

z0940 (24 kB)

Anna chwyciła za kłódkę, jakby chciała ją urwać. Nie była zamknięta, a jedynie sprytnie przymknięta, by wyglądała na zamkniętą. Za metalowymi drzwiami był kolejny korytarz, równie długi jak ten poprzedni, a zanim kolejne drzwi. Tym razem uchylone. Po chwili stała w kotłowni starając się odnaleźć dalszą drogę ucieczki. Nie było to trudne, bo to, co pierwsze rzucało się w oczy, to sporych rozmiarów otwór znajdujący się tuż przy suficie przez który wpadały światła latarni ulicznych. Droga do tego otworu wiodła przez wielką pryzmę koksu. Zaczęła się wdrapywać. Nogi usuwały się, ręce mdlały, ale w kilkanaście sekund była na świeżym powietrzu. Chciała uciekać, ale zdała sobie sprawę, że nie wystarcza jej tlenu i oddycha bardzo szybko. Wiedziała jednak, że musi biec. I wtedy spełnił się jej koszmarny sen.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +