UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

„To tylko sen” – myślała z ulgą, ciesząc się, że ból nie pozwolił, by mogła śnić dalej. W tym momencie przychodził strach przed snem. Była przekonana, że jeśli uśnie głęboko, to już nigdy się nie obudzi. Lecz, gdy ból narastał i stawał się nie do zniesienia, zaczynała marzyć o śnie wiecznym, i śnie bezsennym. Tak wyglądała każda z ostatnich kilkunastu nocy Anny.

Rankiem nie czuła zmęczenia, ani powracającymi koszmarami, ani przerywanym niby-snem, ani bólem. Gdy tylko pozwalano pacjentom opuścić pokoje, wychodziła na korytarz z przekonaniem, że dzisiaj musi się coś zdarzyć, co będzie wybawieniem. Czuła w sobie wielką siłę, energię życia i pragnienie wykonania jakiegoś spontanicznego i spektakularnego czynu. Nic się nie wydarzało. Nie wiedziała dlaczego. Nie umiała tego skonkretyzować, zresztą nie miała nawet takiej potrzeby. Czuła się jak ptak, któremu wyrwano pióra tuż przed odlotem do ciepłych krajów. Czuła się jak zakochana, a niekochana kobieta. Czuła się, jak wielki silny dąb, który dostrzega w oddali nadciągającą powietrzną trąbę i zdaje sobie sprawę, że mimo swej siły nie będzie mógł się oprzeć mocy huraganu, a jednocześnie nie ma możliwości ucieczki przed nim. Czuła się jak rdzeń atomowego reaktora, który po uszkodzeniu został zalany milionem ton betonu. Czuła własną siłę, a jednak była bezsilna.

Tej nocy czekając w napięciu, aż ból głowy rozpocznie swój łomot przewracała się z boku na bok. To oczekiwanie było gorsze od cierpienia fizycznego. Ten jednak nie nadchodził. Nie nadchodził także sen. Godziny mijały jak wieczność. Nie umiała myśleć o niczym innym, jak tylko o bólu. Nie wierzyła w to, że noc minie bez koszmaru. Co kilkanaście minut siadała na łóżku i oczekując dnia wpatrywała się w okno. W końcu wstała i w otrzymanej od szpitala nocnej koszuli, która nawet najpiękniejszej kobiecie odbierała kobiecość, wyszła z sali. Szła boso nie odrywając stóp od podłogi. Bezszelestnie. Gdy stanęła przed kontuarem za którym siedziała pielęgniarka, zażądała niemal szeptem, ale szeptem, który nie budził wątpliwości, że nie jest to prośba, a rozkaz.

- Proszę mi dać coś na sen…

z0940 (24 kB)

Zaskoczona pielęgniarka, która do tej pory wpatrzona była w ekran telefonu komórkowego, podskoczyła na swoim krześle.

- Natychmiast proszę iść o swojej sali – odburknęła w taki sposób, jak to robią ludzie, którym przerywa się bardzo ważną czynność wymagającą wielkiego skupienia.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +