UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

Gdy przychodził wieczór stawała się nerwowa. Wokół brak światła i jedynie cisza pobrzmiewająca chrapaniem pacjentów. Ona nie mogła zasnąć. Leżąc, wpatrywała się albo w nieco przykurzony sufit, albo w zakratowane okno, albo wprost w ścianę na której wisiała marna replika obrazu Wyspiańskiego. Nigdy nie spoglądała na śpiące obok niej kobiety. Czuła do nich odrazę wymieszaną z poczuciem wyższości i pewną dozą ostrożności. W ostrożności tej nie było lęku. Było natomiast przekonanie, że każda z kobiet czyha na odpowiedni moment, by ją, jedyną przy zdrowych zmysłach kobietę, zaatakować, uderzyć, obrazić, zniszczyć. Lecz bezsennymi nocami nie myślała o współtowarzyszkach szpitalnej niedoli. Nie mogła myśleć o niczym innym jak o tym, że za chwilę będzie narastał ból głowy. I rzeczywiście ból z każdą chwilą stawał się coraz większy. Pulsował, uderzał w kości czaszki, rozrywał ją. Były to chwile, gdy z uśmiechem marzyła o tym, by ten ból spowodował eksplozję mózgu. Wyobrażała sobie, jak pęka czaszka, a jej zawartość rozpryskuje się na wszystkie strony. To wyobrażenie dawało jej ukojenie. Stawała się spokojna i oczekiwała tej chwili, która uwolniłaby ją od samej siebie. I wtedy ból mijał. Powoli i systematycznie, aż znikał całkowicie, by po godzinie, albo dwóch znów powrócić. A gdy bólu nie było przychodził sen, gładził ją po twarzy, przymykał powieki i przedstawiał ruchome obrazy, które choć nierealne sprawiały wrażenie rzeczywistości. Mary senne były tym bardziej rzeczywiste, bo sen był płytki, tak płytki jak może być tylko sen. Śniła, a jednocześnie słyszała co wokół niej się dzieje. Słyszała i chrapanie, i skrzypienie drzwi w chwili, gdy pielęgniarka wsuwała głowę do wnętrza pokoju, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku, i warkot przejeżdżających po pobliskiej drodze samochodów, i kroki na korytarzu szpitalnym. Wszystko to mieszało się i we śnie tworzyło całość przez co stawało się niemal realne.

Sen był zawsze ten sam. Zmieniały się jedynie okoliczności. Uciekała. Biegła przed siebie i ktoś ją gonił. Czasami był to lekarz, który prowadził jej przypadek, czasami nieokreślone stwory, czasami Zygmunt, a jeszcze innym razem mąż. Jednak najczęściej śniło jej się, że jest ścigana przez samą siebie w jednej lub w wielu postaciach. Za każdym razem sen kończył się tak samo. Musiała się zatrzymać, bo wyrastał przed nią mur. Wysoki, z czerwonej cegły, niemożliwy do pokonania. Zatrzymywała się przed nim i rezygnowała z ratunku. Godziła się, że to coś, co goni dopadnie ją i zrobi krzywdę. A gdy wydawało się, że właśnie to się stanie, nagle otwierała oczy odczuwając narastający ból głowy.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +