UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

Dochodzenie w sprawie wypadku Bartosza trwało kilka minut. Krew na drzwiach i na progu wykluczyła udział psychiatry w zdarzeniu. Za to dyskusja na temat Anny trwała prawie godzinę. Lekarze jednogłośnie uznali, że kobieta wymaga długotrwałej hospitalizacji. W karcie leczenia pacjentki dopisano kolejne zdania. „Stresor traumatyczny w postaci przetrzymywania i grożenia śmiercią wywołał otępienie, które z upływem czasu przemieniło się w brak samokrytycyzmu oraz agresywne zachowanie. Istnieje podejrzenie, że stresor traumatyczny był czynnikiem wyzwalającym dla innych zaburzeń psychicznych, maniakalnych, urojeń prześladowczych przejawiających przez szybkie zmiany nastrojów i popadanie w nieopanowany gniew. Konieczne leczenie…” i tutaj wymieniono kilka łacińskich nazw. Wszystko to, co napisano w karcie odnosiło się bezpośrednio do pacjentki, ale równie dobrze mogło się odnosić do żołnierza, który był na wojnie i po powrocie do domu nikt z najbliższych nie potrafił zrozumieć, jak to się stało, że wojna, strach, niebezpieczeństwo tak zmieniły człowieka. Zmieniły na niekorzyść.


Zupełnie inaczej postrzegała to Anna. Czuła się bardzo dobrze. Tak dobrze, jakby nigdy nie chorowała, a tym bardziej jakby nigdy nie była na skraju śmierci. Rozpierała ją energia, której nie potrafiła wyładować w żaden sensowny sposób, a przez to energia ta kumulowała się w myślach. Posiadała jeden punkt życiowego odniesienia – odzyskanie swobody działania. Ani ona, ani lekarze nie zdawali sobie sprawy, że ten punkt odniesienia potęgował się z każdym kolejnym dniem izolacji od zwykłego świata. Zamiast dochodzić do pełnej sprawności psychicznej i umysłowej, coraz bardziej zdecydowanie wkraczała w to miejsce, do którego można wejść, ale wyjść z niego żadną siłą nie sposób. Irracjonalnie i nieświadomie utożsamiała zamknięty na klucz oddział szpitalny z ciemną piwnicą, którą chociaż wypluła ze świadomości, to jak drzazga wbita była w jej podświadomość. Być może psychiatrzy debatujący nad stanem zdrowia pacjentki odkryliby zależność pomiędzy odmową kobiecie prawa do samostanowienia a przeszłymi zdarzeniami. Anna nie dawała im jednak na to szans. Chociaż pozornie otwarta i na pierwszy rzut oka zwyczajna kobieta odgrodziła się murem od ludzi, a od lekarzy murem zbrojonym kolczastym drutem. Winiła ich nie tylko za to, że ją zamknęli, ale także za to, że Bartosz chodzi za nią krok w krok, a przede wszystkim za to, że od tygodni nie może zasnąć snem głębokim, spokojnym i dającym umysłowi wytchnienie. Nie skarżyła się z tego powodu. Nie chciała, by ktoś się o tym dowiedział, gdyż była przekonana, że będzie to kolejny powód, aby nie można było jej wypisać ze szpitala.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +