UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

Jeśli Anna schowała się w stworzonej przez siebie szklanej kuli, o tyle Bartosz zbudował dla siebie schron przeciwatomowy. Trudno jednak powiedzieć co z dwojga złego jest gorsze. Do szklanej kuli nie ma dostępu. Jest zewsząd zamknięta. Można ją co prawda rozbić, ale trzeba to czynić tak, aby rozpadające się kawałki szkła nie poraniły w sposób nieodwracalny. Przeciwatomowego schronu nie rozbijesz, ale ten ma system wentylacyjny. Jest on dobrze ukryty i trudno go odnaleźć, ale gdy się go już odnajdzie można przez niego wpuścić świeży powiew. Anna odnalazła ten system, a raczej to Bartosz pozwolił go jej odnaleźć. Jednak oboje znając tę tajemnicę nie zdawali sobie sprawy, że ją znają. Dla chorego mężczyzny ta kobieta była jedyną osobą, która budziła w nim pozytywne uczucia. Wszyscy inni byli dla niego obcy, dalecy, nieznani. Ona była dla niego bliska. Nie potrafił się nad tym zastanawiać, nie zdawał sobie nawet sprawy, że kiedyś się spotkali. Właśnie, to krótkie spotkanie sprzed wielu miesięcy, które teraz nie mogło przedostać się do świadomości, ponieważ zbyt mocno było zakotwiczone w podświadomości, właśnie to spotkanie było przyczynkiem, że Bartosz czuł się przy Annie bezpiecznie, jak przy osobie, której już dawno zaufał i nigdy się na niej nie zawiódł.

Gdy Anna była w gabinecie lekarskim, Bartosz stał pod drzwiami i czekał, aż z niego wyjdzie. Gdy drzwi się otworzyły ujrzał coś, co było widokiem niespotykanym. To był tylko ułamek sekundy, ale zdążył dostrzec uśmiech na ustach kobiety. Przytłumiony chorobą i lekami nie mógł zrozumieć co to może oznaczać. Poczuł niepokój. Taki niepokój jaki większość ludzi odczuwa, gdy trzeba się zmierzyć z czymś nowym i zupełnie nieznanym. Niepokój minął w chwili, gdy usta przestały wyrażać radość. Smutek Anny był w tym momencie radością dla Bartosza.

Nie zwróciła na niego uwagi. Bezceremonialnie ominęła jednego z wielu podobnych jemu pacjentów z tą jednak różnicą, że ten był nadzwyczaj brzydki. Z tyłu głowy zamiast włosów miał różowo-czerwoną bliznę. Twarz mężczyzny była rozorana przez drobne bliznowate ślady podobne do tych jakie miewają mężczyźni po ostrym trądziku. Anna miała jednak inne skojarzenie. Według niej Bartosz wyglądał tak, jakby ktoś rzucił mu prosto w twarz drobiny rozgrzanego popiołu. Najgorszy widok sprawiały dłonie, które podobne były zwierzęcym szponom. Palce miał wpół zgięte. Nie mógł ich ani wyprostować, ani jeszcze bardziej zgiąć. O ile ich zewnętrzna część wyglądała w miarę normalnie, to wewnętrzna była pozbawiona nie tylko linii papilarnych na opuszkach palców, ale i nie miała linii życia, linii przeznaczenia, linii miłości i żadnej innej.

z0940 (24 kB)

Czasy, gdy oboje byli w podobnym stanie psychicznym dawno minęły. Teraz nie stawali naprzeciwko siebie i nie patrzyli sobie w oczy. Teraz Anna ignorowała Bartosza, a ten jeśli to było tylko możliwe, nie spuszczał z niej oka. Teraz też szedł za nią, a gdy weszła do swojej szpitalnej sali i zamknęła za sobą drzwi, stanął przy przeciwległej ścianie, oparł się i ślizgając się po niej plecami, obniżył pozycję. Skulony w głębokim przysiadzie, z rękami założonymi poniżej kolan, czekał.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +