UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział VI

- To co pani Anno? – lekarz po raz ostatni tego dnia próbował nawiązać werbalny kontakt. – Zdecyduje się pani mówić?

Kobieta wstała z wygodnego fotela usytuowanego naprzeciw lekarza i skierowała się ku wyjściu. Nie dochodząc do drzwi zatrzymała się i odwróciła głowę patrząc na mężczyznę. Nie lubiła go. Miała do niego pretensję, że wydobył ją ze świata, który nie był dostępny dla otoczenia, a należał wyłącznie do niej. Przez chwilę w tej niewygodnej pozycji, przodem do wyjścia, głową skierowaną na psychiatrę, taksowała wzrokiem mężczyznę. Ten wstał ze swojego fotela z nadzieją, że Anna jednak zmieniła zdanie i rozpocznie terapię.

-

Pani Anno… - zaczął, ale nie skończył, bo kobieta szybkim krokiem podeszła do niego, zdrową ręką przyciągnęła jego głowę do swojej i otwartymi ustami przylgnęła do jego ust starając się wsunąć język między lekarskie wargi. Nie odwzajemnił pocałunku, ale zanim zdążył zareagować, odepchnąć, zaprotestować, Anna się odsunęła i jak gdyby nic się nie stało wyszła z pokoju. Lekarz patrzył za nią i błyskawicznie analizował zachowanie kobiety. Jednak analiza ta nie była prosta. Po jednej stronie stały doświadczenia jakie posiadł podczas pracy z osobami, których psychika wymagała naprawy. Z drugiej wyłaniały się męskie instynkty, nad którymi co prawda panował i nawet w najmniejszym stopniu nie okazywał swych emocji, ale te instynkty i emocje w nim jednak były, zaburzając naukową ocenę sytuacji. Podobała mu się. Wiedział, że w takim przypadku z profesjonalnego punktu widzenia pacjentkę powinien przekazać innemu lekarzowi, ale nie potrafił się na to zdobyć. Bardzo lubił te bezsłowne sesje terapeutyczne. Lubił patrzeć na twarz Anny, która pozornie była bez wyrazu i wyławiać z niej te odrobiny uczuć. Wprawne psychoanalityczne oko potrafiło wychwycić lekceważenie, przekorę i ten niezwykle rzadko spotykany spokój ducha, który można by streścić w słowach: ”nic mnie to nie obchodzi”.


Na zupełnie innym etapie powrotu do równowagi psychicznej był Bartosz Badecki. On nie dostrzegał jakiegokolwiek sensu. Nie potrzebował ani innych ludzi, ani nawet samego siebie. Jeśli ktoś umiałby wejść do wnętrza jego jaźni zawisłby niczym w próżni. Nie chciał żyć, ale nie odczuwał potrzeby zakończenia życia. Jednak jego duch miał też przeciwległą stronę. W sytuacjach z jego punktu widzenia ekstremalnych wpadał stan najwyższego podniecenia. Słuchając dowcipów opowiadanych przez zdrowszych od niego pacjentów zaczynał się śmiać głośno, nienaturalnie i ponad czas przewidziany na tą reakcję u przeciętnych osobników. Potem nagle się uspokajał i mogłoby się wydawać, że nic do niego nie dociera. Gdy nie smakował mu posiłek zrzucał talerz na podłogę, patrzył ze zdziwieniem co się stało i jakby zażenowany własnym zachowaniem zaczynał sprzątać. Gdy ktoś stanął na jego drodze i nie chciał ustąpić wpadał w szał, krzyczał, zachowywał się tak, jakby za chwilę miał się rzucić na przeciwnika z pięściami. I nagle następowało opamiętanie. Nim ktokolwiek zdążył zainterweniować uspokajał się tak szybko, jak szybko narodziła się w nim agresja. Podchodził wtedy do człowieka na którego przed chwilą się wściekał i przytulał go tak, jak najbliższego przyjaciela. Niektórzy się wyrywali z tego uścisku, ale on trzymał mocno, aż uznawał za stosowne zaprzestać tych swoistych przeprosin. Lekarze testowali na nim najróżniejsze środki farmakologiczne, co skutkowało jeszcze większą demobilizacją umysłu. Gdy je odstawiali, próbowali stosować znane formy terapii psychologicznej, ale i to nic nie dawało.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +