UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział V

strona 71

- Nie zginęła wam przypadkiem pacjentka? – powiedział to głosem na tyle ironicznym, że osoba po drugiej stronie sądząc, że to jakiś głupi żart, rozłączyła się.

Ponownie wykręcił numer szpitala.

- Jest u mnie pani Anna Szulc, która przyszła do mnie boso i w szpitalnej koszuli na której jest nazwa waszego szpitala. Proszę jednak sprawdzić czy nie zginęła wam pacjentka.

- ...

- Dobrze, poczekam...

Anna, cały czas leżąc w niezmiennie kamiennej pozie patrzyła na swojego najlepszego i jedynego przyjaciela jak na zdrajcę. Nie protestowała jednak. Nie prosiła, by zrezygnował z informowania lekarzy, że jakimś cudem wymknęła się spod ich opieki.

Mężczyzna podał do słuchawki adres swojego mieszkania i zadeklarował oczekiwanie.

- Jak to się stało, że w środku nocy chora pacjentka wyszła z oddziału i nikt nawet nie zauważył – spytał lekarza, ale ten tylko wzruszył ramionami w geście „a co to mnie obchodzi”.


Wykąpał się, ogolił, ubrał świeże ubranie i około dziewiątej zadzwonił do Jana.

- Jak się czujesz?

z0940 (24 kB)

- Ty byłeś wczoraj u mnie? – usłyszał w odpowiedzi.

Zygmunt zrozumiał, że zamroczenie alkoholowe Jana było na tyle silne, że ten nie zdawał sobie sprawy z tego co miało miejsce poprzedniego dnia. Ucieszył się nawet z tego powodu. Przez chwilę zastanawiał się czy potwierdzić swoja wizytę.

- Nie... nie byłem... Słuchaj Jan, dlaczego powiedziałeś policji, że to ja pobiłem twoją żonę? Nastąpiła kilkunastosekundowa cisza. Zygmunt nie nalegał na szybką odpowiedź. Pozwalał zastanowić się rozmówcy.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +