UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział V

strona 68

W domu spakował do niewielkiej podróżnej torby bieliznę, spodnie, dwa swetry, przybory do golenia, pastę i szczoteczkę do zębów. Postawił ją przy fotelu a sam usiadł w nim czekając na pukanie do drzwi. To oczekiwanie było jeszcze gorsze niż pobyt w areszcie. Zbyt dużo myśli, zbyt wiele urojeń i całe mnóstwo drżenia, które co chwile przechodziło przez jego ciało, jak u człowieka u którego wirus grypy rozpoczął panowanie.

I pukanie do drzwi nastąpiło. Było kilka minut po piątej rano. Chociaż nie spał przez całą noc nie czuł zmęczenia. Wstał z fotela wziął przygotowany wcześniej więzienny ekwipunek i poszedł do przedpokoju. Otworzył drzwi przygotowany do tego, by wystawić przeguby rąk do skucia w kajdanki. To co zobaczył początkowo do niego nie dotarło. Umysł skupiony na tym co podpowiadało przeczucie nie rozpoznał osoby, która stała za progiem. Intensywnie pracująca przez całą noc wyobraźnia spowodowała, że imaginacja przeniknęła przez granicę rzeczywistości i dla Zygmunta stała się otaczającym go światem. Tym czymś prawdziwym, naturalnym i tym od czego nie ma odwrotu. Jego umysłowość zdążyła skapitulować, poddać się i nie miała siły walczyć o dobre imię. Wszystkie minione zdarzenia przerosły go i dlatego, gdy zobaczył Annę za progiem własnych drzwi był przekonany, że to jakiś omam. Halucynacja spowodowana napięciem i nieprzespaną nocą.

Stali po dwóch stronach progu patrząc na siebie przez kilkanaście sekund. Dopiero wtedy u mężczyzny zmysły otrzeźwiły się i zaczęły analizować to co dzieje się naprawdę, jednocześnie odrzucając fantasmagorie. Lecz osoba Anny była sama w sobie jak miraż, jak złudzenie, jak chimera. Co prawda stała prosto i pewnie z głową podniesioną wysoko ku górze, ale jej oczy były blade. Ubrana w rozpięty szpitalny szlafrok pod którym znajdowała się takaż szpitalna koszula z czerwoną pieczątką „Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych”. Wyglądała trochę jak nie z tego świata. Jednak brudne bose stopy, podkurczona niesprawna po wylewie ręką i poraniona twarz skłaniały Zygmunta do zrozumienia, że to nie mara, a kobieta z krwi, kości, ciała z odrobiną osobowości, której większa część na tą chwilę, gdzieś się zagubiła.

z0940 (24 kB)

Zygmunt w pierwszym odruchu chciał zamknąć drzwi i zostawić kobietę na klatce schodowej, a samemu wrócić na fotel i czekać na to, na co czekał. Coś mu mówiło, że pod żadnym pozorem nie wolno zbliżać się do tych ludzi, bo oni niosą ze sobą kłopoty.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +