UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział V

strona 67

Pijany mężczyzna po raz wtóry tego dnia zachwiał się i upadł. Tym razem na plecy. Zjechał schodek po schodku zatrzymując się na ostatnim z nich. Ten żenujący z jednej, a z drugiej strony straszny widok dla Zygmunta był jak powiew chłodnego wiatru na rozgrzaną głowę.

- Wiesz, że poszedłem do spowiedzi? – Jan odezwał się siedząc na najniższym schodku, skulony, ze spuszczoną głową, jednym zdrowym okiem wpatrzony w podłogę. – Pierwszy raz od pierwszej komunii. Myślałem, że to coś mi pomoże... Nie pomogło...

Przez kilka chwil niczym nie zmącona cisza wywoływała coraz większe napięcie. Gdy Zygmunt miał powiedzieć, że lepiej by było, aby wyspowiadał się przed prokuratorem niż przed księdzem, usłyszał szloch. Mężczyzna zaczął płakać nie starając się powstrzymać łez. Łkał opierając łokcie na kolanach, a dłońmi podtrzymując czoło. Naruszył głęboką lecz zaschniętą ranę przez co krew ponownie zaczęła wypływać i skapywać na posadzkę. Jeśli ktoś niezorientowany w sytuacji zobaczyłby go teraz odniósłby wrażenie, że mężczyzna płacze krwawymi łzami.

- Zadzwonię po pogotowie, niech ci to opatrzą, bo w końcu się wykrwawisz.

- Nie. Nie chcę. Zostaw mnie...

Jednak Zygmunt bał się zostawić człowieka, który był w fatalnym stanie tak fizycznym, jak i psychicznym. Obawiał się, że po jego wyjściu ten może sobie coś zrobić. Czuł do niego żal i niezrozumienie, wściekłość, a nawet odrazę, ale podświadomie czuł, że gdyby stało się coś nieodwracalnego, to zostałby wewnętrznie obciążony odpowiedzialnością i wyrzutami sumienia raz na całe życie.

- Zostaw mnie – powtórzył Jan. – Idź już i zostaw mnie samego.

z0940 (24 kB)

Mimo lęku o los gospodarza domu Zygmunt wyszedł z mieszkania. Okrążył dom i przez okno patrzył jak zdruzgotany mężczyzna walczy sam ze sobą. Wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił na pogotowie. Czekał, aż przyjadą. Wskazał lekarzowi drogę, a sam wsiadł do samochodu i odjechał myśląc o tym, że skoro raz został obwiniony przez Jana, to i teraz może stać się to samo. W największej mierze brał pod uwagę aroganckiego prokuratora, który jak mu się wydawało, potrzebował tylko pretekstu, aby wsadzić go za więzienne kraty na znacznie dłużej niż 48 godzin. Zdawał sobie sprawę, że nie ma świadków, ale słowo poszkodowanego człowieka zawsze waży więcej dla bezstronnych obserwatorów od słowa osobnika, który był w tym samym miejscu i czasie co poszkodowany, a jednak jest cały i zdrowy.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +