UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział V

strona 66

Zdezorientowany i osłupiały miotał się pomiędzy chęcią ucieczki, a odruchem niesienia pomocy. Popłoch i narastająca histeria nie pozwalały na logiczne myślenie. Zygmunt zbiegł po schodach, przed drzwiami poprawił ubranie i siląc się na spokój, by przypadkowi obserwatorzy nie zauważyli jego zdenerwowania, poszedł do samochodu. Chciał być jak najdalej od tego domu, od Jana, od Anny i od wszystkich od których rozpoczął się bieg zdarzeń wywracający jego życie do góry nogami.

- Kurwa mać! – tymi dwoma słowami chciał rozładować wewnętrzne napięcie. I rzeczywiście powoli zaczął się uspokajać.

„Czy to jakiś nawiedzony dom?” – myślał jadąc przed siebie nie zastanawiając się, gdzie powinna zakończyć się podróż. – „Tam zawsze coś się dzieje. Po co mi to było!? Po co tam poszedłem!? Jak ja się w to wszystko wplątałem!?

Na wszystkie te pytania Jan nie znajdował odpowiedzi, gdy znienacka pojawiło się kolejne, które choć powinno pojawić się jeszcze w domu Szulców, to dopiero teraz ujawniło swoją dramatyczną postać: „A co jak on się zabił?” Rozejrzał się wokół siebie oceniając punkt miasta w którym się znajdował, zawrócił i skierował się tam, gdzie był kilkanaście minut wcześniej.

Tym razem nie zwracał uwagi na fakt, że ktoś może go widzieć. Z piskiem opon zahamował na posesji należącej do Szulców, wyskoczył z samochodu i nie zamykając drzwi pobiegł ratować Jana. Widok, który ujrzał powstrzymał ten bieg z taką siłą, że niemal się przewrócił. Na schodach stał Jan usiłując pokonać kolejny stopień. Wyglądał jak postać z horrorów. Rozmierzwione włosy posklejane zaschniętą krwią i ubrudzone wymiocinami. Takaż sama twarz prawie cała zasłonięta tą samą mieszanką. Na twarzy znaczyły się sine usta i dwoje diametralnie różnych oczu. Jedno wyglądało jak u człowieka, który po bardzo długiej nocy podczas której koszmar nachodził na koszmar, właśnie się obudził. Na wpół otwarte i nie zdające sobie sprawy czy to już rzeczywistość czy jeszcze straszny sen. Drugie zasłonięte potężną opuchlizną nad którą znajdowała się rana. Rozcięcie na długości prawie dwóch i szerokości pół centymetra odkrywało wnętrze łuku brwiowego. Wysunięta ze spodni koszula opasana na wysokości kołnierzyka rozluźnionym krawatem miała na sobie wszystkie kolory. Od intensywności krwi, po bezbarwność trawiennych soków. Spodnie opuszczone niemal do połowy pośladków, zakończeniem nogawek zasłaniały buty, które kiedyś mogły nosić miano eleganckich.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +