UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział V

strona 64

- Jestem twoim adwokatem i muszę ci wierzyć. Nic się nie bój. Wyciągnę cię z tego bagna.

To zapewnienie nie przekonało Zygmunta. Pożegnali się, a on usiadł w fotelu i snuł plan działań. Życie nauczyło go bowiem, że adwokat adwokatem, ale najlepiej liczyć wyłącznie na siebie.

„Po pierwsze. Skontaktować się z Janem – zapisywał swe myśli na kartce. – Po drugie. Odnaleźć Beatę...”

Przypuszczał, że ta kobieta może coś wiedzieć. Nie przyszło mu natomiast do głowy, że to właśnie ona była winowajczynią nieszczęść Anny. Bo chociaż znał dusze kobiet jak nikt inny, to miał w sobie naiwną wiarę w to, że nie są zdolne do fizycznej agresji. Wiedział co prawda, że niejedna kobieta, której honor został urażony bywa o wiele bardziej bezwzględna od niejednego mężczyzny, ale używanie przez nie pięści wykraczało poza nawias jego rozumowania. Nawet, gdy słyszał o takich przypadkach, to tłumaczył sobie to tym, że musiały zostać sprowokowane przez mężczyznę i tylko broniły się, ale nie atakowały.

„Po trzecie. – kontynuował – Przypomnieć sobie każdy szczegół z minionych dni” – po czym z szuflady biurka wyjął notatnik zapisując wszystko to co sobie przypominał. Między poszczególnymi wierszami zostawiał dużo wolnego miejsca, bo wiedział, że wspomnienia przychodzą niespodziewanie i to co teraz umknęło, kiedyś będzie wyraźne i ostre.

Do Jana miał zamiar jechać następnego dnia lecz intensywność myśli i wściekłość jaką odczuwał w stosunku do męża przyjaciółki były zbyt duże, by to odwlekać. Musiał jak najszybciej dowiedzieć się dlaczego Jan wysuwał oskarżenia, które nie miały pokrycia w prawdzie. Dziwiło go tym bardziej, że gdy wówczas wszedł do mieszkania zobaczył Jana, który wyraźnie ratował, a nie katował.

z0940 (24 kB)

Zbliżając się do domu Szulców zauważył, że coś jest nie w porządku. Otwarta na całą szerokość brama, samochód zaparkowany w połowie na wjeździe do garażu, a w połowie na trawniku przygniatając niedawno zasadzone drzewko, uchylone drzwi do mieszkania. Zygmunt przez dłuższy czas siedział w samochodzie zastanawiając się czy w takiej sytuacji wejść czy zrezygnować i przyjechać jutro. Już raz wszedł bez pukania i narobił sobie przez to kłopotów. Nie wiedział co zastanie wewnątrz domu i czy to co zastanie, jeszcze bardziej w jakiś niepojęty sposób ponownie będzie go obciążać.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +