UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział IV

strona 60

Był wśród ludzi podobnych jemu. Wśród ludzi, którzy nie rozróżniali dobra od zła, miłości od nienawiści i radości od smutku. Nie odczuwali namiętności, ani emocji. Zamknięci tak szczelnie w swym świecie, że chociaż dostrzegali mniej, to widzieli więcej. Bartosz czuł się doskonale w tym świecie i podświadomie nie pragnął powrotu. Instynktownie walczył, by powstrzymać własne otwarcie. Jednak byli tacy, którzy uważając, że jego zachowanie zbyt daleko odbiegło od przeciętności uwięzili go na oddziale psychiatrycznym i aplikowali mu leki, które miały mu pomóc w tym, by odgórnie przyjęty szablon ludzkiej osobowości ponownie stał się normą. Nie wiedzieć czemu ludzie ci ukończywszy wyższe uczelnie byli przekonani, że brak tęsknot i duchowej słabości, nieumiejętność grzeszenia i nie zauważanie pokus oraz brak potrzeby artykułowania własnego bólu jest czymś nienormalnym. Za wszelką cenę robili wszystko, by to powróciło do doktora Bartosza nie zważając, że tym samym przywrócą mu cierpienie. Postrzegali pacjenta, jako bezmyślną istotę przechadzająca się szpitalnym korytarzem, patrzącą przed siebie mętnym nic nie mówiącym wzrokiem, z twarzą nie wyrażającą emocji i pozbawioną mimiki.

Nie! Jego twarz nie była pozbawiona mimiki. Zdarzało się, że bardzo nieznacznie się uśmiechał. Na tyle niezauważalnie, że jak dotąd nikt tego nie zdołał zauważyć. Było to w chwili, gdy przemierzając drogę od zamkniętych drzwi wejściowych na oddział psychiatryczny do znajdującego się na przeciwległym końcu korytarza okna zabezpieczonego metalową siatką o drobnych oczkach, napotykał pewną kobietę. Była taka jak on. Pokiereszowana fizycznie, ze śladami świeżych ran na twarzy i rękach, które w przyszłości pozostawią blizny i z duszą, która postanowiła uciec w głąb samej siebie, bo świat jest zbyt okrutny, by bez lęku, żalu i cierpienia znosić to, co jest nie do zniesienia.

z0940 (24 kB)

Gdy przechadzali się raz w jedną raz w drugą stronę mijali się jakby się nie zauważając. Lecz, gdy tor ich wędrówki pokrywał się a jedno i drugie szło w przeciwnych kierunkach zatrzymywali się i stali naprzeciwko patrząc sobie prosto w oczy. Mogło się wydawać, że rozmawiają ze sobą. Że w jakiś nadprzyrodzony sposób kontaktują się i wymieniają spostrzeżeniami, przemyśleniami, a on jej, a ona jemu pomaga nieść przygniatający ich do ziemi ciężki krzyż własnego przeznaczenia. Trwało to godzinę, dwie, trzy. Trwało to do chwili, gdy pielęgniarz nie podszedł do Anny lub Bartosza i biorąc pod rękę, by zaprowadzić na salę szpitalną, na stołówkę lub do pokoju pielęgniarek.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +