UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział IV

strona 57

Otworzył drzwi. W pierwszej chwili nie zrozumiał. W twarz uderzył go gryzący dym i smród spalenizny. Nie zdążył przeanalizować sytuacji, gdy przeciąg spowodował, że znajdujący się w powietrzu tlen dodał paliwa do tlących się w kuchni przedmiotów, a dzięki temu to co przedtem tylko się dymiło teraz rozbłysło ogniem. To było jak uderzenie. Płomienie narodziły się nagle i niezwykle intensywnie. Poszukując kolejnej dawki tlenu wyszły z kuchni i przez przedpokój runęły gorącem prosto w drzwi wejściowe i dalej na klatkę schodową. Wszystko to trwało ułamek sekundy, bo jak nagle pojawiły się tak samo szybko wycofały się tam, gdzie zarzewie miało swój początek.

Ognista szarża była tak silna, że odepchnęła Bartosza przewracając go na posadzkę klatki schodowej. Przez chwilę patrzył jak ogień zaczyna obejmować coraz większą powierzchnię mieszkania. Wystarczyło wejść do środka, by spełnił się szalony plan mężczyzny. Co prawda nie wedle wcześniejszego zamysłu, ale efekt byłby ten sam. Nagle wstał z podłogi zdjął z siebie przemoczoną marynarkę, zarzucił na głowę, nabrał powietrza w płuca i po omacku wbiegł między płomienie. Przebiegł przez mająca około metra ścianę ognia i odbił się od zamkniętych drzwi prowadzących do pokoju Bereniki i Beaty. Odnalazł klamkę i nacisnął ją. Nawet nie poczuł, że ta była rozgrzana do czerwoności. Wszedł do środka jak ślepiec tropiąc łóżeczko córki. Znalazł. Nachylił się w poszukiwaniu małego ciała. Nie znalazł. Trzymając w dłoni kołderkę zaczynało brakować mu powietrza. Odwrócił się i pobiegł na przeciwległą stronę pokoju. Ostatni krok jaki wykonał spowodował jego upadek na wersalkę, na której leżała Beata. Leżąc na kobiecie rozpaczliwie szukał dziecka. Znalazł. Mocno chwycił za kaftanik i uniósł Berenikę, by po chwili szczelnie owinąć ją kołderką. Jeszcze poprawił marynarkę na głowie i ponownie rzucił się w płomienie, by wydostać się na klatkę. Tu panowała już panika. Jedni uciekali, inni wiadrami wlewali wodę do przedpokoju. Gdy zobaczyli Bartosza na moment znieruchomieli. Mężczyzna krzyknął do najbliższej osoby.

z0940 (24 kB)

- Wynieście ją! – i podał otuloną kołdrą dziewczynkę. On sam wyrwał z rąk sąsiada wiadro z wodą i wylał sobie na głowę. Znowu wbiegł do środka. Ogień stawał się coraz potężniejszy i dochodził już niemal do wersalki. Bartek szybkimi ruchami objął bezwładne ciało kobiety unosząc je i zarzucają na ramię. Dotychczasowy wysiłek dał o sobie znać. Gdy wbiegł po Berenikę zaczerpniętego powietrza starczyło na kilkadziesiąt sekund. Teraz wystarczyło go tylko na kilkanaście. Zaczął się dusić. Wbrew wszystkiemu chciał jeszcze przykryć Beatę narzutą, która leżała na wersalce. Schylił się, chwycił ją, ale ten na wpół syntetyczny materiał był na tyle rozgrzany, że zmienił swoją konsystencję i przykleił mu się do ręki. Poczuł też jak płomienie dotykają jego spodni. Jedyną drogą ucieczki był balkon. Zrobił kilka kroków tam, gdzie jak myślał znajdzie drzwi. Kierunek był dobry, ale droga ucieczki zwodnicza. Co prawda mógł wreszcie nabrać powietrza w płuca, ale otworzone balkonowe drzwi ponownie dodały tego z czego żyje ogień. Płomienie buchnęły w ten sam sposób jak to uczyniły, gdy kilkanaście chwil przedtem chciał wejść do mieszkania.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +