UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział IV

strona 56

Wszystko działo się bardzo powoli. Najpierw drobny element znajdujący się w podgrzewaczu do butelek ograniczający dopływ prądu uległ awarii. Następnie nie zadziałał czujnik, który powinien odciąć energię w ekstremalnych sytuacjach. Później podgrzewacz zaczął nabierać coraz wyższej temperatury. Cienkie kabelki nie wytrzymywały natężenia prądu i topiły się. Po nich to samo działo się z plastikowymi detalami. Kuchnię zaczął wypełniać przykry zapach, który ulatniał się przez otwarte okno. Lecz destrukcja podgrzewacza następowała w dalszym ciągu. Jego temperatura stawała się coraz wyższa rozgrzewając blat na kuchennej szafce. Ten zmieniał kolor na coraz ciemniejszy, ale że był niepalny nie mógł stać się zarzewiem pożaru. I wtedy nad miasto zaczęły płynąć ciężkie deszczowe chmury. Zerwał się wiatr, który raz wzmagał się, to znowu cichł, by po chwili wrócić z jeszcze większą mocą. Uchylone okno otworzyło się na całą szerokość. Kolejny powiew wiatru spowodował, że zużyta w połowie rolka ręczników papierowych przeturlała się bliżej podgrzewacza. Jeszcze bliżej. Bliżej. Oparła się o uszkodzone urządzenie. Kilka minut później papier zaczął się tlić, aż wybuchł żywym ogniem. Szarpana wiatrem firanka przejęła ogień. Płonęła szybko, a raczej płonąc topiła się. Wiatr rozrzucał fragmenty firanki po kuchni. To nie spowodowało nagłego wybuchu ognia i wydawało się, że za chwilę wszystko powróci do normy pozostawiając jedynie przykry zapach spalenizny i bałagan. Jednak rozgrzane kawałki syntetycznej firanki rozpoczęły swoją pracę na drewnianej podłodze, na drewnianych szafkach i szafeczkach. Nieustanny dopływ tlenu jakby zapraszał ogień. Ten nie chciał się otworzyć całym swym blaskiem. Tlił się, czasami pełzał po podłodze, by za chwilę zniknąć i za kolejną ponownie się ukazać. Od chwili, gdy przegrzał się podgrzewacz do butelek minęło blisko trzy godziny i przez cały ten czas ogień nie miał na tyle siły, by stać się panem sytuacji.

Doktor Bartek wracał do domu tak samo na wpół przytomny jak wtedy, gdy szedł na cmentarz. Nie zwracał uwagi na padający deszcz. Nie czuł smagającego go wiatru i wynikającego z tego zimna. Nie interesowało go, że jest całkowicie przemoczony. Równocześnie nie wiedzieć czemu był przekonany, że po tym jak Beata nakarmiła dziecko, uśpiła je, to spakowała się i wyszła z mieszkania raz na zawsze. Spieszył się, żeby Berenika nie była zbyt długo pozbawiona opieki. Wchodząc do klatki nie zwrócił uwagi na delikatnie rozpływający się w powietrzu zapach spalenizny. Dopiero stojąc przed drzwiami woń dymu nieco go otrzeźwiła. Nie zastanawiał się skąd ten zapach może pochodzić. Nie obchodziło go to. Miał jedną prostą myśl. Tak prostą jak to tylko możliwe. Rozdrobnić kupione kilka dni temu niezwykle silne tabletki nasenne, wymieszać z mlekiem, podać to córce, a następnie samemu po raz ostatni przełknąć tak przygotowaną miksturę. Ta prosta myśl przebiegała przez jego jaźń od kilku tygodni, a z każdym dniem stawała się coraz bardziej intensywna. Początkowo walczył z nią uważając ją za niedorzeczną. Ale ona pełzała po świadomości jak ogień, który teraz znajdował się w jego domu. Raz zanikała, by po chwili znowu się pojawić. Dzisiaj, teraz, w tej sekundzie, stojąc przed własnymi drzwiami była już na tyle dominująca, że nie dopuszczała innych myśli. Jak nowotwór wchodziła w kolejne zakamarki umysłu i nie dawała żadnej alternatywy. Ani rozsądku, ani zwątpienia, ani strachu, ani żadnej rzeczy, która należy do ludzkiego ego.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +