UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział IV

strona 52

Przychodzi taki dzień, że w człowieku coś pęka. Wówczas podejmuje decyzje, które czasami przewracają życie do góry nogami. Czasami są to decyzje racjonalne, a czasami wręcz odwrotnie. Wszystko przez to, że nagromadzone emocje, tęsknoty, niespełnione nadzieje przeistaczają w uczucie żalu. Żalu do własnego losu, do własnych nietrafionych decyzji i decyzji innych ludzi, którzy postępowali może zgodnie z własnym sumieniem, ale jednocześnie powodując taki zbieg zdarzeń, który jest niekorzystny dla innego człowieka. Jeśli ten żal podsycany jest przez poczucie bezsilności i brak ufności, że jeszcze wszystko się jakoś ułoży, że jeszcze będzie dobrze, wówczas pęknięcie jest nie do zniesienia. W takich chwilach niektórzy wychodzą z domu zostawiając wszystkich i wszystko z pragnieniem, aby nikt ich nie szukał, a tym bardziej nie odnalazł. Inni robią pierwszy krok ku alkoholizmowi, albo innemu trudnemu do zwalczenia nałogowi. Jeszcze inni myślą o samobójstwie. Po prostu uciekają. Uciekają przed sobą, przed ludźmi, przed światem, a gdziekolwiek by uciekali mimowolnie zatracają się w tej ucieczce nie dostrzegając, że nigdy nie uciekną tak daleko jakby chcieli.

Właśnie taki stan zawładnął Bartoszem Badeckim. Pozornie funkcjonował jak każdy przeciętny mężczyzna. Pracował, miał kobietę z którą dzielił stół i łoże, i ogólnie rzecz biorąc zachowywał się normalnie. A jednak dręczyły go myśli od których nie potrafił uciec. W myślach tych nie używał słowa „samobójstwo” a delektował się słowem „odejście”. Codziennie, gdy tylko przestawał być lekarzem, a stawał się zwykłym człowiekiem, a jego umysł nie był zaprzątnięty chorobami innych ludzi, myślał jak „odejść”. Planował własną śmierć na różne sposoby i napawał się wyobrażeniem, że od tej chwili dręcząca go bezużyteczność życia przestanie go męczyć.

„A co wtedy, gdy to tylko będzie pozorna ucieczka? – zastanawiał się. – A co jeśli odejdzie tylko moje ciało, a jaźń wciąż będzie pytała się o sens tego wszystkiego przemierzając bezkresy kosmosu? Żeby tylko mieć pewność, że odchodzimy pełnią siebie. Także osobowością, to bym się nie wahał. Odszedłbym spokojny i po cichu. Tak, żeby nie robić z tego powodu żadnego zamieszania dla innych ludzi.”

z0940 (24 kB)

Rozważając swoje odejście bywało, że gotowy był zaryzykować wykonanie ostatniej życiowej decyzji. Skłaniając się do przypuszczenia, że później jest tylko wielkie _n_i_c_ odczuwał ulgę. Lecz gdy ostatnia chwila się zbliżała, niewidzialna nić powstrzymywała go. To była Berenika, która dawała mu mglistą nadzieję, że w sferze duchowej coś jednak na niego czeka. Przechodził wówczas w ułamku sekundy od zwątpienia do fascynacji. Oczarowany był możliwością patrzenia na to, jak córka dorasta, jak stawia pierwsze kroki, jak idzie pierwszy raz do szkoły, jak poznaje swojego pierwszego chłopaka, jak w białej sukni idzie do ślubu, jak daje mu wnuki, a te znowu dorastają, stawiają pierwsze kroki... I wtedy, gdy tak myślał o tym szczęściu przemijania, niepostrzeżenie wzruszał się. Oczy mu się czerwieniły, szkliły, by na koniec łzami obdarować policzki. Gdy szedł ulicą zapłakany jak dziecko ludzie patrzyli na niego jak na najbardziej nieszczęśliwego człowieka na świecie, zastanawiając się cóż tak bardzo boli tego mężczyznę.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +