UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział II

strona 34

Koncert prawd, półprawd i kłamstw trwał w najlepsze. Oboje czynili podchody będąc przy tym przekonani, że oni coś wiedzą, a przeciwnik nie wie, że coś wiedzą, ale chcieliby się dowiedzieć coś więcej, ale oboje z niczym nie chcieli się zdradzić, ale... i tak dalej i dalej. Wzajemnie trzymali się w szachu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pierwsza nie wytrzymała Marta.

- Kim ty naprawdę jesteś? – spytała.

- Zwykłym człowiekiem – odpowiedział nie rozumiejąc sensu pytania.

- Kim ty naprawdę jesteś i czego ode mnie chcesz. Przecież wczoraj widziałam cię na osiedlu, a potem jak jechałeś za mną. Masz takie auto, że trudno na nie zwrócić uwagi, a jak ono jedzie za mną kilka kilometrów, a potem jeszcze czeka, by mnie stuknąć, to nie jest przypadek.

Zygmunt nie dał się zaskoczyć. Nie tracąc rezonu błyskawicznie wymyślił historyjkę.

- To prawda – robił wszystko by być wiarygodnym. – Zauważyłem cię wczoraj. Widziałem cię przez chwilę, ale coś mnie w tobie urzekło i postanowiłem za tobą pojechać.

- No wiesz? Chyba żartujesz ze mnie!

- Nie! – coraz bardziej wczuwał się w rolę. – To jest prawda!

- Tak bardzo ci się podobam?

- To nie to... to znaczy podobasz mi się, ale masz w sobie coś takiego, takiego, no sam nie wiem jak to określić.

To wyznanie wydawało się Marcie całkowicie szczere. Wiedziała, że jej uroda znacznie odbiega od klasycznej piękności, ale po rozwodzie zauważyła, że mężczyźni lgną do niej jak pszczoły do miodu. Początkowo tego nie rozumiała, bo kompleksy podpowiadały jej, że nie może się podobać, a każdy osobnik płci męskiej chce ją jedynie wykorzystać, a następnie porzucić. Sądziła, że wszyscy mężczyźni myślą tylko o jednym. Nie ważne, ładna czy brzydka, mądra czy głupia, a najważniejsze, aby mogli zaspokoić swój głód seksu. A potem następna i następna. Lecz mężczyźni ku jej zdumieniu nie myśleli, aby ją porzucać po otrzymaniu tego czego oczekiwali. Wręcz przeciwnie. Stawali się namolni, prosili o więcej, proponowali małżeństwo. A mężczyzn miała wielu. Gdy wyszła za mąż była niespełna 19-latką i jej pierwszym partnerem był mąż. Aż do rozwodu był tym jedynym. Później poczuła potrzebę sprawdzenia jak to jest z innymi. I sprawdzała. W końcu ten niewytłumaczalny dla siebie fenomen wrodzonej umiejętności beznamiętnego omotania męskiego umysłu zaczęła wykorzystywać. W czasie spotkania z Zygmuntem była już tak pewna siebie w relacjach damsko-męskich, że wydawało się jej to tak normalne, iż w jednej chwili zauroczyła go do tego stopnia, ze był gotowy na wszystko. Ta naiwna wiara w swoją nadzwyczajność znacznie stępiła podejrzliwość jaką początkowo odczuwała wobec Zygmunta. Zaczęła go kokietować. A to położyła swoją dłoń na jego dłoni, a to niby od niechcenia oblizała wargi przygryzając je potem filuternie, a to opuszczała wstydliwie wzrok, by po chwili obdarować mężczyznę spojrzeniem w którym można było odczytać dwa słowa: „weź mnie”.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +