UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział II

strona 31

Kobieta nie przejęła się zbytnio. Wlepiła swe ostre spojrzenie w właścicielkę auta i ostentacyjnie zdjęła kluczyki z haczyka przytwierdzonego do ściany. Na koniec obdarzyła ją ironicznym uśmiechem i ruszyła ku wyjściu.

- Zgłoszę na policję kradzież samochodu – zagroziła ponownie, a Marta nie odwracając się wyszła z mieszkania.

Tak naprawdę Anna nie mogła nic zrobić. Samochód co prawda należał do niej, ale był zarejestrowany na męża. Kiedyś uznali, że tak będzie lepiej, ze względu na większe zniżki ubezpieczeniowe jakie posiadał Jan.


Marta była z siebie bardzo zadowolona. Jechała na spotkanie z Zygmuntem zastanawiając się w jaki sposób będzie mogła wyciągnąć prawdę o tym dlaczego za nią jechał, kim jest i o co mu chodzi. Oczywiście rozpatrywała różne możliwości. Po pierwsze policja, co jednak wydawało się jej najmniej prawdopodobne. „Z jakiego powodu policja? – analizowała. – Nic złego nie zrobiłam. Chyba nikt mnie nie będzie śledził z tego powodu, że nie zapłaciłam kilku mandatów”. Po drugie zboczeniec. Tu również miała wątpliwości. „Zboczeniec? Samochodem? Nie w ciemnej uliczce? W BMW? Taki to prędzej walnąłby mnie butelką po głowie i wciągnął w jakąś bramę. A może to jakiś nowoczesny zboczeniec?” Po trzecie wielbiciel. I w to nie mogła za bardzo uwierzyć. „Przecież nie wyglądał na nieśmiałego, który musi powodować wypadek na parkingu, żeby poznać kobietę. Zresztą nic nie wskazywało na to, żeby chciał się ze mną umówić, choć dawałam mu to do zrozumienia i dopiero jak powiedziałam prosto z mostu, że chce się z nim spotkać, to się zgodził. Nie, to nie wielbiciel. Więc kto?” – zabrakło jej pomysłów. - „A może to policjant zboczeniec, który się w mnie zakochał od pierwszego wejrzenia?” – zaśmiała się sama do siebie. Pod uwagę nie brała przypadkowości zdarzenia i była pewne, że coś się za tym kryje. I nagle ją olśniło. „Detektyw!”. Była tak pewna swej hipotezy, że nawet nie przyszło jej na myśl, że detektyw nie dekonspirowałby się i obserwował jej poczynania z daleka.

- Witam serdecznie – Zygmunt dżentelmeńsko ucałował dłoń kobiety.

- Dzień dobry – odpowiedziała z uśmiechem. – Usiądziemy? Zygmunt wyjął rękę, która do tej pory była schowana za plecami i podał Marcie czerwoną różę.

„A jednak wielbiciel? – zastanawiała się. – Nie! On myśli, że taki cwany!” – trzymała się wersji o detektywie.

z0940 (24 kB)

Mężczyzna lekko położył dłoń na plecach Marty co miało znaczyć „zapraszam przodem”. Usiedli przy restauracyjnym stoliku, a chwilę później zamówili lekki posiłek i po lampce czerwonego wina. Oboje nieco podekscytowani lecz nie zdradzający swej podejrzliwości. Kelner przyniósł też flakon, aby kwiat nie zwiądł. Postronny obserwator nie miałby wątpliwości. Tych dwoje umówiło się na pierwszą randkę. Spięci, onieśmieleni, mówiący krótkimi nic nie znaczącymi zdaniami, uśmiechający się do siebie dość nienaturalnie w taki sposób, jakby za wszelką cenę chcieli zrobić na sobie dobre wrażenie.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +