UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział II

strona 27

Doktor Bartek wrócił do pracy, co wielu uznało za przedwczesne. On radził sobie doskonale. Zachowywał się tak jak przed śmiercią żony. Może nie było w nim już tej pasji, co przedtem, ale dla ilu lekarzy ten zawód to pasja? Tak i dla niego stała się to forma zarabiania pieniędzy. I nic poza tym. Potem przychodził do domu, zakładał kapcie, trochę zajmował się Bereniką, trochę Beatą, trochę sobą i znowu szedł do pracy. Można było odnieść wrażenie, że to o czym tak marzył, o wykreśleniu z pamięci przeszłości, stało się faktem. Lecz ta pamięć w nim tkwiła. Ukrywał ją, nie afiszował się swoim bólem, ale zapomnieć nie mógł. I chociaż nie był katolikiem, który co niedziela chodzi do kościoła, nauczył się pewnej modlitwy, którą powtarzał, gdy ból duszy mu zbyt mocno doskwierał.

„Panie Boże – mówił w myślach” - daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę. Panie Boże daj mi cierpliwość, abym zniósł to, czego zmienić nie mogę. Panie Boże daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego.”

Pomagało. Po skończonej modlitwie natychmiast znajdował nie tylko siłę, ale i cierpliwość, by znieść to czego już nie mógł odmienić. Nie pomagało tylko w jednym przypadku. Od pewnego czasu chciał pójść na grób, żony. Przygotowywał się do tego duchowo, ale gdy przychodziło co do czego, wycofywał się. Mówił tą swoją modlitwę, ale widocznie w tym przypadku Bóg nie chciał go wysłuchać i nie dawał tyle wewnętrznej mocy, by znaleźć w sobie odwagę i stanąć nad mogiłą kobiety jego życia. W końcu jednak zdecydował się pójść na cmentarz. Wykąpał się, ogolił, ubrał odświętnie i tak przygotowany stanął na grobem Barbary zasłanym przez zwiędnięte kwiaty. Stał i stał, i stał, a przez jego umysł nie przenikały, żadne myśli, żadne wspomnienia. Starał się tylko powstrzymywać żal, lecz łzy same spływały po jego policzkach. Zatracił poczucie czasu i gdy ochłonął zdziwił się, że zapadł zmrok. Ruszył ku wyjściu, a brama cmentarza była już zamknięta. Wdrapał się na nią rozrywając połę marynarki.

- Gdzie byłeś tyle czasu! – Beata starała się udawać, że nie jest zdenerwowana, ale jej podniesiony głos sugerował zupełnie coś innego.

- Na cmentarzu – odpowiedział spokojnie.

- Tyle czasu!? – czyniła wyrzuty.

- Tak jakoś zeszło.

- Wystroiłeś się jak na randkę i nie było cię sześć godzin. Ty mi wmawiasz, że tyle czasu byłeś na cmentarzu!? – zazdrość Beaty objawiła się coraz silniej.

- Tak, kochanie, byłem na cmentarzu. Nawet nie wiem jak to się stało, że minęło tyle czasu. Uspokój się.

z0940 (24 kB)

Słowo „kochanie” nieco uspokoiło Beatę, ale w dalszym ciągu w pełni nie ufała temu co mówił do niej Bartosz. Podeszła do niego i przytuliła się. On zrozumiał, że wszystko się wyjaśniło, ale to przytulenie miało na celu sprawdzenie czy marynarka, koszula, skóra, włosy mężczyzny nie przesiąkły zapachem innej kobiety, zapachem jej perfum, zapachem erotycznych uniesień. Na wszelki wypadek, gdy Bartek już mocno spał dokładnie przeszukała wszystkie kieszenie garnituru.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +