UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

Rozdział II

strona 25

Gdy kończył się urlop poprosił Beatę, by poszła do szpitala i załatwiła mu kolejny miesiąc wolnego. Kobieta oczywiście bez zbędnych słów spełniła prośbę Bartosza.

- Panie ordynatorze – powiedziała siedząc w gabinecie lekarskim. – Z doktorem Bartkiem jest naprawdę źle. – A potem opowiedziała co działo się w ostatnim czasie. Ordynator wziął słuchawkę telefonu i wystukał numer.

- Robert? Słuchaj, mam do ciebie prośbę. Za chwilę przyjdzie do ciebie pani Beata w sprawie Bartka. Potrzebny mu jeszcze miesiąc odpoczynku.

Ordynator psychiatrii wypisał zwolnienie i w ten sposób dał czas by stan psychiczny młodszego kolegi doszedł do równowagi.

Ten stan jednak się nie zmieniał. Jedna osoba była z tego bardzo zadowolona. To Beata dla której opieka nad córką i ojcem dawała nie tylko satysfakcję, ale wręcz poczucie szczęścia. Można powiedzieć, że była panią i władczynią na trzech płaszczyznach. Pierwsza to dom, którym kierowała niepodzielnie. Drugą płaszczyzną był jednoosobowy żłobek, a trzecią dom wariatów w którym była i szefem, i lekarzem, i pielęgniarką. Ta ostatnia nieformalna funkcja niosła ze sobą największe konsekwencje. Ordynator psychiatrii oprócz zwolnienia wypisał także receptę na leki antydepresyjne. Beata nawet ich nie wykupiła. Nie chciała, by jej podopieczny w pełni wyzdrowiał. W tej chwili miała nad nim całkowitą władzę i dosłownie kierowała jego poczynaniami. Był to już czas, kiedy jej największą tajemnicą była miłość, którą czuła do Bartosza. Nie denerwowało jej gadulstwo mężczyzny, nie denerwowało, że ten wiele czynności wykonuje po wielokroć, nie denerwowało jej, że dom w którym żyje nie sprawia nawet w najdrobniejszym szczególe wrażenia domu normalnego. Wszystko co było wokół niej stanowiło dla niej szczęście. Być może nieco chore, ale jednak szczęście. Brakowało jej tylko jednego. Tego, aby Bartosz traktował ją jako partnerkę, jako kobietę, a nie jedynie jako opiekunkę. Ale i to wkrótce zaczęło się zmieniać.

Był wczesny wieczór, gdy Bartek podszedł do Beaty i dotknął jej piersi. Ona stała w osłupieniu i oczekiwała co stanie się później. Zbliżył usta do jej ust i delikatnie pocałował. Odwzajemniła pocałunek...

z0940 (24 kB)

Trudno jednoznacznie stwierdzić czy zachowanie Bartosza było spowodowane powracającą potrzebą miłości i akceptacji, której elementem zastępczym miała być erotyczna bliskość kobiety. Jeżeli właśnie to było przyczyną, to z pewnością nie jedyną. Drugą był zapewne atawizm. Sposób zachowania odziedziczony po przodkach sprzed milionów lat, których był bardziej zwierzęcy niż ludzki. Ten atawizm tkwiący w podświadomości dążył do podtrzymania gatunku i stymulował konieczność odbywania stosunków seksualnych. Oczywiście Bartosz podchodząc do Beaty nie myślał w tych kategoriach. Nie myślał o spłodzeniu potomstwa, a nawet o tym żeby rozładować istniejące w nim napięcie seksualne. Po prostu chciał się kochać. Gdyby w tym momencie była przy nim inna kobieta uczyniłby to samo, a jakby były dwie kobiety, to nie wahałby się zrobić to samo z dwiema. Był jak samiec, król stada, który pragnie kopulować z jak największą liczbą samic nie zdając sobie sprawy z tego, że natura mu podpowiada, aby zapłodnił jak największą liczbę potomstwa, co zapewni przetrwanie jego rodu nawet wtedy, gdy wiele z nowonarodzonych padnie łupem drapieżców.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +