UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

strona 12

Nie słyszał tych słów, choć podświadomie przyspieszył kroku, aby nikt nie mógł go zatrzymać. Po kilku chwilach ponownie stał przy łóżku swojej umierającej żony. Zsunął z niej prześcieradło, którym była przykryta, a córkę położył między nagimi piersiami Barbary. Berenika była spokojna, wydawało się, że jeszcze spokojniejsza niż kilka chwil przedtem. Patrzył na dwie kobiety swojego życia. W pewnej chwili obszedł szpitalne łóżko i zbliżył się do aparatury medycznej podtrzymującej życie. Powoli zaczął naciskać kolejne przyciski. Zielone i czerwone światełka gasły jedno po drugim tak jak gasła Barbara. Na samym końcu wyłączył respirator. Klatka piersiowa jego ukochanej żony przestała się unosić. Patrzył jak umiera. Pocałował całując jej usta. Mała Berenika obudziła się nagle i zaczęła kwilić. Wziął ją na ręce i ponownie przytulił. Chciał wyjść i odnieść córkę na oddział noworodków. Ze zdumieniem stwierdził, że w drzwiach stoi grupka lekarzy i pielęgniarek. Na twarzach niektórych było widać łzy. Ruszył przed siebie. Ludzie blokujący drzwi rozstąpili się. Pielęgniarka z oddziału noworodków wzięła od Bartosza Berenikę.


Biegły tygodnie. Stan fizyczny Anny poprawiał się zadziwiająco szybko. Minął paraliż twarzy, a lewa ręka wróciła do takiej sprawności, że mogła utrzymać kulę, która stabilizowała jej chód, bo wciąż powłóczyła nogą. Jan już nie pojawił się w szpitalu. Nie zjawił się również tajemniczy gość, który uratował jej życie. Natomiast Zygmunt nie wiedział co jakiś czas temu się wydarzyło. Zdała sobie również sprawę, że nie miała żadnej przyjaciółki i zastanawiała jak to mogło się stać. Odpowiedź była prosta. Dom, praca, mąż, dom, praca, mąż. Nie mogła zrozumieć jak to się stało, że zamknęła się w tym zaklętym kręgu i czy to była jej wina czy wina Jana. Tak więc przez ostatnie 40 dni, nie licząc personelu szpitala, była praktycznie sama. Na początku choroby bardzo bała się samotności. Z każdym upływającym dniem przyzwyczajała się do niej, aż w końcu była wdzięczna losowi, że nikt nie przychodzi, nie odwiedza i nie lituje się, sam w to nie wierząc obiecuje, że jeszcze będzie dobrze. Nie chciała też by ktoś ją oglądał w tym stanie. Chora, niesamodzielna, znerwicowana, zaniedbana, bez przyszłości. Tu jednak zaszły niemałe przeobrażenia. Anna postanowiła, że się zmieni. Przestanie być grzeczną kobietą zapatrzoną w tego jednego jedynego. Solennie obiecała sobie, że już nigdy się nie zakocha, a mężczyzn będzie traktowała jako podgatunek, który nieraz jest potrzebny, ale nie jest niezbędny. Podświadomie czuła, że nie cała płeć męska jest tak wredna jak Jan, ale ból jaki w niej tkwił był pewnego rodzaju murem, który nie pozwalał na przedostanie się tej myśli na wyższy poziom świadomości.

z0940 (24 kB)

Trzymając kartę wypisu ze szpitala czekała na Zygmunta. Początkowo chciała sama wrócić do domu, ale lekarz kategorycznie zabronił takich ekstrawagancji. Jako pracownikowi szpitala zaproponował Annie, że odwiezie ją karetka, ale wolała, aby zrobił to Zygmunt. Zatelefonowała do przyjaciela, a ten rzucił wszystko co w tej chwili robił, wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku szpitala.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +