UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

strona 10

Bartosz poznał Barbarę siedem lat temu i niemal od razu wpadli sobie w ramiona. Wzajemna fascynacja niemal nie skończyła się dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy doktora Bartka. On dobrze ułożony, konkretny i odpowiedzialny mężczyzna niedługo po ukończonej specjalizacji lekarskiej zwyczajnie oszalał. Ona studentka ostatniego roku germanistyki, trochę szalona, pełna niecodziennych pomysłów, planów i marzeń z natury była szalona. Jej było wszystko jedno. Dla niej liczyła się obecna chwila i wtedy siedem lat temu zaraziła Bartosza swoją namiętnością i miłością życia. Przez tydzień nie wychodzili z sypialni, a on nawet nie zadzwonił do szpitala, że nie przyjdzie na dyżur, albo że jest chory, albo cokolwiek innego. Kochali się, odpoczywali, jedli, kochali się, kochali się, kochali się... W końcu Bartek się opamiętał i dzięki temu, że był lubiany przez ordynatora i dyrektora szpitala jakoś się wykaraskał z kłopotów. Nie mniej jednak każdą wolną chwilę spędzał z Basią i choć wydawało się, że są bardzo różni, to niezmiernie pasowali do siebie. On ją nieco tonował i ściągał na ziemię, gdy ona zaczynała bujać w obłokach. Ona wynosiła go w te obłoki pozwalając mu oderwać się od rzeczywistości. To połączenie dwóch różnych charakterów spowodowało, że oboje znajdowali się wciąż, gdzieś między ziemią a niebem. Ludzie postrzegali ich jak dwoje wariatów zauroczonych sobą, ale pochodzących z dwóch różnych światów. Wielu prognozowało, że pewnego dnia to zauroczenie pryśnie jak mydlana bańka, gdyż było oparte na seksie. Tak, to prawda. Byli sobą seksualnie zafascynowani i to ich trzymało przy sobie. Lecz z czasem ta fascynacja zaczynała blednąć, a oni zakochiwali się w sobie coraz bardziej. Im dokładniej poznawali siebie nawzajem, własne pozytywne i negatywne strony, tym bardziej pragnęli być ze sobą. Po roku, a może dwóch latach znajomości zmieniły się proporcje w tym związku. Nie kochali się już tak często jak kiedyś, co do tej pory było ich ulubioną rozrywką. Teraz najważniejsza stała się obecność drugiej osoby. Wszystko co robili poza pracą, robili razem. Gotowali, jedli, spacerowali, podróżowali, oglądali te same programy w telewizji, chodzili do kina, na koncerty, nawet gdy czytali, to czytali jedną książkę i to na głos, by każde z nich mogło przeżywać to samo w tej samej chwili. Basia i Bartek nie byli parą. Oni byli jednym życiem w dwóch ciałach. Co ciekawe nawet nie myśleli o ślubie. Było im ze sobą tak dobrze, że formalizowanie związku wydało im się gwałtem na ich uczuciach. Po co papier, skoro oboje ufali sobie bezgranicznie. Jednak po sześciu latach od chwili poznania ślub się odbył. Górę wziął pragmatyzm Bartosza. Chcieli mieć dziecko, a ono według niego powinno mieć nazwisko obojga rodziców. Poza tym oczyma wyobraźni widział jak dorastające potomstwo zadaje kłopotliwe pytania, a koledzy z klasy mu lub jej dokuczają, że zapewne jest z adopcji. Tak czy inaczej zwyciężył pragmatyzm na który Barbara się zgodziła. Ślub wzięli taki, że nikt o nim nie wiedział oprócz księdza w kościele i dwójki świadków. Uznali, że celebrowanie tego wydarzenia nie leży w ich charakterze i nikomu nic do tego czy oni są małżonkami czy też nie.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +