UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

strona 7

Przez tydzień leżała niemalże bez ruchu. Takie zalecenie lekarza, gdyż zmiana pozycji mogła pogorszyć stan Anny. Poza tym i tak nie miała na tyle siły, aby poruszać własnym ciałem. Jedynie jej umysł pracował niezwykle intensywnie. Popadała w głęboką depresję, by po kilku godzinach żyć nadzieją i planować przyszłość. Potem nadchodziło pragnienie śmierci, a następnie refleksja, że tak wielu miejsc nie zobaczyła, tak wiele przeżyć nie przeżyła, tak wielu uczuć nie odczuła, a więc musi walczyć. Wszystko to mieszało się po wielokroć i kotłowało. Jeden stan umysłu gonił drugi, by ten drugi został zdominowany przez następny całkowicie odmienny od pierwszego i drugiego. Po tygodniu odwiedził ją Jan. Człowiek, z którym planowała spędzić życie przyszedł po siedmiu dniach.

- Cześć.

Odpowiedziała niezdarnym skrzywieniem ust, które miało być uśmiechem. Autentycznie się ucieszyła. Przez myśl przeszło jej, że Jan to przecież dobry i uczuciowy człowiek, i że teraz, gdy ona jest na wpół sparaliżowana, wróci do żony, by się nią zaopiekować. Nie istotne byłyby wtedy jego intencje. Chciała tego, choćby powodem miała być litość.

- Jak się czujesz? – spytał Jan.

Ponownie się uśmiechnęła w jedyny możliwy dla niej sposób.

- Przyszedłem, bo musisz podpisać dla mnie pełnomocnictwo. No wiesz... żebym mógł wszystko załatwić... to o czym rozmawialiśmy... Ty teraz nie możesz chodzić, a lekarz powiedział, że nie możesz się denerwować. Jak podpiszesz to pełnomocnictwo, to ja już wszystko załatwię. O nic się nie martw, ja wszystko załatwię. Notariusz czeka na korytarzu... Mam go poprosić?

Nie mogła uwierzyć w to co słyszy, a jednak głęboko wierzyła w to, że jak będzie robiła to, co on chce, to niebawem ponownie będą razem. Wierzyła, że jej dobra wola nie pozwoli przekreślić tego na czym jej tak bardzo zależy. Nie mogła jednak powstrzymać łez. Te spływały po policzkach znacząc drobnymi śladami poduszkę.

- Nie! – ze zdziwieniem usłyszała własny głos. A jednak wizyta Jana była potrzebna. Przywróciła Annie wiarę, że wyzdrowieje. Jeszcze wczoraj bała się otworzyć usta, by nie słyszeć wydawanych przez siebie nieartykułowanych dźwięków, a teraz to krótkie słowo wypowiedziała bardzo wyraźnie. Mózg zaczynał odzyskiwać władzę nad mięśniami twarzy, a to oznaczało, że i reszta ciała być może powróci do sprawności.

- Nie bądź dzieckiem – Jan wydawał się być zirytowany. – Po co mamy się szarpać. Ja już zdecydowałem i nie zmienię swojej decyzji. Wcześniej czy później i tak będziemy musieli doprowadzić nasze wspólne sprawy do końca. Jak wyjdziesz ze szpitala, to wszystko będzie załatwione i nie będziesz musiała się niczym martwić...

- J_a _ c_i_ę _ k_o_c_h_a_m... – tym razem słowa wyszły z ust kobiety z niemałym trudem.

z0940 (24 kB)

- To nie ma znaczenia, bo ja ciebie nie kocham. Rozstańmy się w zgodzie i zapomnijmy o sobie. Mam poprosić notariusza?

- Nie – powiedziała stanowczo.

- Wiesz czego najbardziej żałuję oprócz tego, że się z Tobą ożeniłem?

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +