UWAGA. Ten serwis wykorzystuje pliki cookies (tak zwane "ciasteczka"). Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy tutaj.

"Kości zostały rzucone"

strona 2

I znów Anna zdała sobie sprawę, że myśli o rzeczach, które powinna odrzucić od siebie, by żyć jak normalna kobieta. Wiedziała, że jest silna, ale przygniatająca ją z wielu stron udręka powodowała, że powoli zaczynała się poddawać. Walczyła z tą niemocą i bezsilnością, ale było jej coraz trudniej. Z trudem poszukiwała w swej jaźni konceptu, który pozwoliłby optymistyczniej spojrzeć w przyszłość. Nagle przypomniała sobie, że ma spotkanie z Zygmuntem. Uśmiechnęła się. Był to człowiek, który od wielu lat ją adorował, ale ona jako wierna żona odrzucała wszelkie zaloty. Traktowała go, niczym nieco natrętnego przyjaciela, którego lubiła, ale nigdy nie pozwalała mu choćby zbliżyć się do granicy, jaką sama wytyczyła. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy małżeństwo Anny rozsypało się z dnia na dzień. Nie! To nie było z dnia na dzień. Tak naprawdę rozproszenie uczuć następowało systematycznie i nieuchronnie. Kochając nie mogła tego zauważyć, ale zauważali to jej znajomi. Oczywiście nic jej o tym nie mówili wychodząc z założenia, że mieszanie się w małżeńskie sprawy jest nie na miejscu.

Trochę z poczucia odrzucenia, trochę z chęci zemsty postanowiła dać Zygmuntowi do zrozumienia, że margines, jaki ustanowiła przestał istnieć. Ze zdumieniem stwierdziła jednak, że mężczyzna jakby tego nie zrozumiał. Z czasem zaczęła się przekonywać, że nie chciał zrozumieć. Kiedyś powiedział jej wprost:

- Wiesz Aniu? Ja uwielbiam gonić króliczka. Gonić, gonić, gonić... Gdybym złapał, to nie byłoby to dla mnie takie atrakcyjne... Wyjaśniło się, że dla Zygmunta atrakcyjność Anny polegała przede wszystkim na tym, że jest taka niedostępna. Wyczuła to w sposób perfekcyjny i postanowiła, że nigdy nic między nimi nie wydarzy się, co mogłoby zakończyć ich platoniczny związek.

Cieszyła się więc z samego spotkania. Mogła mu powiedzieć, co czuje, jak cierpi. Mogła płakać, a on nie dawał jej wtedy głupich rad i nie przekonywał, że będzie jeszcze dobrze. Był jak balsam na jej obolałą duszę. Po takim spotkaniu przez dwa dni nie opuszczała jej pogoda ducha. Zupełnie nie wiedzieć czemu tak się działo, bo przecież nic nie wskazywało na to, że los się odwróci i przestanie ją gnębić. A jednak wystarczyło, aby wydaliła z siebie depresyjny smutek, a wszystko wokół ponownie zaczęło nabierać kolorów.

z0940 (24 kB)

Mimo to, oparcie jakie miała w Zygmuncie było tylko namiastką tego wszystkiego, czego potrzebowała. Brakowało jej ciepła, dotyku dłoni, rozmowy z najbliższą osobą i tego przebudzenia w środku nocy, gdy mogła się wtulić w swojego mężczyznę i ponownie zasnąć. Brakowało jej normalnego rodzinnego życia.

Spis treści Następna strona Zapisz się

Udostępnij tę książkę lub polub nas na facebooku lub google +